Podróże

Kolei tu nie ma. Islandia (I)

„Jeśli chodzi o Islandię, zauważam trzy pozytywne fakty. Po pierwsze, nigdy nie było tu katastrofy kolejowej. Kolei tu nie ma. Po drugie, jeśli zgubiłeś się w lesie, po prostu podnieś się z ziemi. Drzewa nie rosną tu większe niż ludzie. Po trzecie, jeśli nie odpowiada ci pogoda, bądź cierpliwy przez kilka minut” – te powiedzenia znają wszyscy, którzy sięgnęli po przewodnik po Islandii. Obojętnie w jakim języku.

Na Keflavik ląduję w połowie lipca. Gdy samolot zbliża się do pasa startowego, jest stosunkowo jasno, choć dochodzi 23.00. Zza horyzontu wychyla się jeszcze czerwona smuga, którą pozostawiło zachodzące słońce. Po odebraniu bagażu ponad godzinę czekam na zamówiony wcześniej samochód, niewielki szary Hyundai.

Lotnisko jest ogromne. Nie do rozpoznania, gdyby porównać je z tym, na którym lądowałem osiemnaście lat wcześniej. W tym czasie przybyło na Islandii ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. W tej chwili jest ich ponad trzysta tysięcy. Trzy czwarte populacji mieszka w Reykjaviku. Nastawiam nawigację w swoim telefonie i kieruję się do stolicy. Płaskie krajobrazy, nocą pokryte szarością i cicha muzyka z radia koją zmęczenie podróżą. Niespiesznie zbliżam się do przedmieść stolicy, gdzie mam zarezerwowany hotel. Nie ma w nim kluczy. W mailu otrzymałem kod do drzwi wejściowych, a także kod do pokoju. Recepcja nie jest tu potrzebna.

Orientuję się, że to raczej przemysłowa część miasta, choć stoją tu także niewysokie bloki mieszkalne. Jakże różni się to od swojskiego, niemal sielskiego osiedla, które pamiętam z poprzedniej wizyty!

Po raz pierwszy przyleciałem na Islandię w 1999 roku. Byłem wtedy studentem. Spełniałem swoje marzenie. Marzenie okupione nie lada wyrzeczeniami. Wystarczy wspomnieć, że w ostatnim dniu mojej wizyty pytałem w restauracji, czy można kupić połowę pizzy, bo na całą nie było mnie stać. A na lotnisko (krajowe w stolicy, nie międzynarodowe w Keflavik) szedłem z plecakiem kilka kilometrów piechotą. Wolałem oszczędzić na bilecie autobusowym. Od tego czasu minęło osiemnaście lat. Jak się okazuje – dla Islandii lat przełomowych. Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego.

Po kilku godzinach snu w sztampowym hotelu pierwszy, deszczowy dzień wizyty rozpoczynam od wyprawy do Arkanes, miasteczka położonego na zachodnim wybrzeżu Islandii, oddalonego zaledwie kilkadziesiąt kilometrów na północ od Reykjaviku. Właściwie jedyną jego atrakcją są dwie położone niedaleko od siebie latarnie morskie. Wystarczy kilka minut spaceru od parkingu, by znaleźć się na smaganym bryzą cyplu.

Kościół niedaleko Arkanes

Miasto zostało założone przez kilku mnichów przybyłych z Irlandii. Był to rok około 880. W 1100 lat później rząd Irlandii podarował miastu pamiątkowy kamień, który umieszczono na tutejszym cmentarzu. Zaskakujące, że tak małe liczebnie państwo jest starsze niż kraj nad Wisłą i Odrą. W całym kraju mieszka dziś – jak wspomniano – nieco ponad trzysta tysięcy mieszkańców, co stanowi około jedną trzecią populacji Wrocławia w trakcie roku akademickiego (gdy studenci wyjeżdżają na wakacje, ilość mieszkańców stolicy Dolnego Śląska oscyluje w okolicach sześciuset pięćdziesięciu tysięcy). Gdy pierwszy na świecie do dziś funkcjonujący parlament islandzki podjął decyzję w tysięcznym roku, iż państwo przyjmuje chrześcijaństwo, Polska była już po chrzcie ponad trzydzieści lat. Dokładnie w tym roku powstała diecezja wrocławska.

Tym, co przyciąga ludzi do miasteczka Arkanes nie są jednak ani latarnie, ani pamiątkowy kamień. Chodzi o drogę. Najkrótsza wiedzie ze stolicy i ciągnie się kilka (dokładnie: sześć) kilometrów w tunelu pod oceanem. Z powrotem do Reykjaviku natomiast lepiej udać się drogą okrężną, liczącą niemal sto kilometrów, a okalającą fiord Hvalfjör∂ur. Droga sięgnie się kilometrami wzdłuż brzegu, z jednej strony wyznaczając granice granatowym wodom wdzierającego się tu Atlantyku, z drugiej zaś zielonym łąkom, po których co chwila przebiegają stada hodowlanych koni. Na czterdziestym kilometrze można się zatrzymać, by odbyć dwugodzinną wyprawę pieszą (koniecznie w solidnych butach) do wodospady Glymur. Stroma ścieżka często wiedzie w dół, stąd jest ślisko. W jedną stronę przebyć trzeba pieszo pięć i pół kilometra. Czy dotarli tu irlandzcy mnisi w IX wieku?

Brian Fitzgibbon jest Irlandczykiem mieszkającym na Islandii. Z naturalnych powodów zainteresował się tonącymi w mrokach początkami osadnictwa na wyspie. W końcu to jego przodkowie mieli to zjawić się jako pierwsi. Materiał źródłowy jest bardzo skąpy. Fitzgibbon buszował po wszystkich ważniejszych bibliotekach Islandii, zwłaszcza w Bibliotece Narodowej. Ilu mnichów irlandzkich się tu pojawiło? Kiedy dokładnie to się stało? Jakie były motywy ich przybycia? Jak długo tu mieszkali? Gdzie dokładnie?

W językach nordyckich irlandzcy przybysze na Islandię nazywani są „paparami”, od łacińskiego papa – „ojciec”. Mieli pojawić się tu pod koniec IX wieku. Nie znamy ich liczby. Ponoć zamierzali porzucić irlandzkie pogaństwo, by założyć typowo chrześcijańską społeczność. Pewien uczony irlandzki mnich o imieniu Dicuil opowiada w kronice, że około 825 roku spotkał pewnych kapłanów, którzy twierdzą, że mieszkali na wyspie nazywanej Ultima Thule. Przebywali tam od lutego do sierpnia i zauważyli, że właściwie „słońce nigdy nie skrywało się” za horyzontem. Dodali, że wystarczy z Ultima Thule wybrać się jeden dzień drogi statkiem przez ocean, a dotrzeć można do zamarzniętych wybrzeży. Opis pasuje idealnie do Islandii, ale to oznacza, że owi kapłani byli tam niemal o wiek wcześniej niż przyjmuje się tradycyjnie.

Brian Fitzgibbon przypuszcza, że irlandzcy mnisi mogli być zafascynowani wczesnochrześcijańską ideą eremów. Postanowili stworzyć je za oceanem, aby tam oddawać się medytacjom i w ten sposób przybliżać do Boga. Fitzgibbon komentuje to swoje przypuszczenie: „Tym, co jest godne podziwu w postawie owych mnichów jest fakt, że za ocean prowadziła ich nie tylko zwykła ciekawość fizycznego świata. Chcieli przekraczać granice świata metafizycznego. Obydwie sfery złączyły się w jedno. Innymi słowy, fizyczna podróż za ocean stała się dla nich także okazją do wędrówki duszy. Ta odyseja to nic innego jak akt ostatecznego poddania się się Bogu. Spotkałem pewnego razu kobietę, która całkiem poważnie twierdzi, że paparowie nigdy nie opuścili Islandii. Wciąż żyją na wyspie. Są niskiego wzrostu, mają czarne włosy i sylwetką przypominają Irlandczyków. Jednak nie udało mi się na nich natknąć” – dodaje z uśmiechem Fitzgibbon.

Stare domy nie są pozbawione uroku

Nie wszyscy Islandczycy są przekonani, że wybór chrześcijaństwa był przed tysiącem lat właściwą decyzją. Hilmar Örn Hilmarssonjest przedstawicielem islandzkiej religii pogańskiej. Ma niespełna trzystu zwolenników. W wywiadzie udzielonym redaktorowi Iceland Revieww 2003 rokumówił: „Nasza kultura sięga swoimi korzeniami dawnych wierzeń. Przyjęcie chrześcijaństwa około tysiąc lat temu było bardziej gestem politycznym niż rezultatem duchowej przemiany. Pewnym kompromisem było to, że ludzie mogli nadal czcić w tajemnicy dawne bóstwa i robiliśmy to choćby przez podtrzymywanie żywego ducha starej literatury przez całe pokolenia. Można powiedzieć, że tylko czekaliśmy na właściwy moment”. Wyjaśnia przy tym, że pogaństwo to szacunek dla przyrody, honor, prawdomówność, solidarność i prawość.

Mniej więcej tysiąc lat po przyjęciu chrześcijaństwa powstał islandzki hymn państwowy. Został napisany w 1874 roku przez pastora i poetę Matthiasa Jochumssona. Nic dziwnego, że odwołuje się do Boga, a nawet wprost cytuje psalm. Oto jego fragmenty w tłumaczeniu Stanisława Helsztyńskiego:

„Islandii Boże, ziemi naszej Boże,
Sławimy imię Twoje pełne chwały
Jak aniołowie, co gwiazdy i zorze
Splatają się w wieniec na Twą skroń wspaniały.

Dla Ciebie jeden dzień jak lat tysiące,
A tysiąc lat jak dzień jeden znikomy,
Jak płatki kwiatu pokorne i drżące,
Co czcząc Cię, więdną szybko jak źdźbło słomy”.

Następnego dnia trafiam do Hafnarfjördur. W Hafnarfjördur jest Karmel. To jedyny klasztor kontemplacyjny na Islandii. Powstał w 1984 roku, choć jego początków należy upatrywać już w 1939 roku, kiedy pierwsze siostry przybyły z Holandii. Wybuch wojny pokrzyżował plany zakonnic. W budynku przygotowanym na klasztor osiadły wojska amerykańskie, czyniąc z niego swą bazę. Siostry – a było ich zaledwie trzy – zostały rozesłane w różne zakątki świata. Po zakończeniu wojny karmelitanki powróciły na wyspę, odzyskały budynek klasztorny i sprowadziły kolejne zakonnice. Przetrwały do 1983 roku. Brak powołań – również tych w Holandii – sprawił, że placówka musiała zostać zamknięta.

Karmel w Hafnarfjördur

O wznowienie życia monastycznego na Islandii usilnie modliły się… siostry józefitki. Jedna z nich nawet zakopała w karmelitańskim ogrodzie medalik św. Józefa, prosząc, by w klasztorze znów zabłysło światło. Stało się tak dokładnie w uroczystość św. Józefa, 19 marca 1984 roku. Grupa szesnastu karmelitanek z fundacji w Elblągu wylądowała w Keflaviku. W klasztorze zabłysło światło. Islandczycy na powitanie przygotowali kakao, kanapki i … oświetlenie wszystkich pomieszczeń. Szybko jednak okazało się, w jakim stanie jest klasztor. W kronice siostry zanotowały: „Przez nieszczelne okna wdzierały się do wnętrza wiatr i woda. W czasie sztormu podstawiałyśmy pod okna wiadra, by woda ściekała do nich po ścierkach. Brakowało dosłownie wszystkiego, począwszy od łazienek (były tylko dwa prysznice), stołów (habity szyłyśmy rozkładając materiał na podłodze w refektarzu), po naczynia kuchenne (były tylko dwa garnki). Babkę wielkanocną na pierwsze święta upiekłyśmy w metalowym pudełku po ciastkach, a ciasto wałkowałyśmy butelką po occie. To były naprawdę trudne początki”.

Karmelitanki z Polski do głębi serca przejęły się słowami św. Teresy Wielkiej: „Na najdalsze wyspy poniosę imię Twoje, Panie”. Każda z polskich karmelitanek z uśmiechem przywołuje także słowa,które usłyszała Rut od Booza, będącego figurą Jezusa: “opuściłaś ojca swego i matkę swoją, i swoją ziemię rodzinną, a przyszłaś do narodu, którego przedtem nie znałaś. Niech cię wynagrodzi Pan za to, coś uczyniła, i niech będzie pełna twoja nagroda u Pana, Boga Izraela, pod którego skrzydła przyszłaś się schronić” (Rut 2,11-12).

Pierwsze klasztory, augustiańskie, zostały założone na Islandii w XII wieku. Były to dwie wspólnoty żeńskie i pięć męskich. Zostały jednak skutecznie wyrugowane przez protestantyzację. Dlatego w tym samym miejscu, gdzie obradował islandzki parlament, 3 czerwca 1989 roku JanPaweł II wołał na temat obowiązku dążenia do jedności Kościoła: „waga tego zadania nie dopuszcza pośpiechu i niecierpliwości, ale obowiązek posłuszeństwa woli Chrystusa wymaga, abyśmy trwali na drodze pokoju i jedności wszystkich chrześcijan”.  Kościół katolicki zaczął odradzać się dopiero w XIX wieku, jednak klasztory do dziś widziane są jako instytucje obce dla wysp. Jeśli ktoś z Islandczyków czuje się wezwany do służby Bożej, po prostu zostaje pastorem. N całej Islandii oprócz biskupa jest 16 katolickich księży. Czterej z nich to Polacy. Całkiem niezły wynik – jedna czwarta katolickiego duchowieństwa.

Czas ruszać w drogę

Po wejściu do kaplicy klasztornej Karmelu wręcz uderza cisza. Słychać uderzenia własnego serca, jakby waliło młotem. Przysiadam na kilka minut w cichej modlitwie. Wystrój wnętrza jest bardzo prosty. W głównym ołtarzu Matka Boża Częstochowska. Na lewej ścianie obraz Jezusa miłosiernego. Proste, drewniane ławy. Schludny ołtarz. Wszystko utrzymane w zakonnej czystości. Sprzyja skupieniu i modlitwie.

W 2012 roku karmelitanki otrzymały relikwie Jana Pawła II. Relikwie złożono w chórze zakonnym, dokładnie tam, gdzie siostry trwają wciąż na adoracji Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Dziś siostry codziennie znajdują w skrzynce mailowej i w koszyku klasztornym wypisane na kartkach intencje do modlitwy. Bardzo cieszą je również te, których autorami są protestanci. Gości odwiedzających klasztor chętnie zapraszają do kaplicy na wspólną modlitwę, a później oferują swe wyroby (bardzo cenione są świece) w pobliskim sklepiku.

Share:
ks. Mariusz Rosik