Podróże

Z klasztornej celi. Krk w Chorwacji

Senny Adriatyk o zmroku

Późnym popołudniem, wyruszam z Postojnej w Słowenii, by przed zmrokiem dotrzeć na chorwacki Krk. Gdy przejeżdżam długi most, który łączy wyspę ze stałym lądem, zapalają się już pierwsze latarnie.

Od morza silnym powiewem uderza bryza, a szarzejące niebo wydaje się porysowane konturami kościołów i zamków. Najstarsze zabytki chrześcijańskie na Krk, drugiej co do wielkości wyspie Chorwacji, oddalonej od lądu o około półtora kilometra, pochodzą z końca IV stulecia. Nie oznacza to jednak nieobecności chrześcijaństwa w tym miejscu w wiekach wcześniejszych.

W klasztornym wirydarzu 

Pierwszy kościół, postawiony w miejscu, gdzie dziś wznosi się katedra, wyrósł tu w V w. Odkrywając posadzkę dostrzec można starożytną chrzcielnicę, a także antyczne mozaiki z motywami chrześcijańskimi.

Niezwykłe wrażenie robi wspierająca absydę prezbiterium kolumna, ozdobiona symbolem pelikana z rybą w dziobie. Jedno i drugie wskazuje na Chrystusa. Pelikan jako jedyny ptak karmi swe pisklęta własną krwią, jak Chrystus poi swych wyznawców w Eucharystii.

„Ty, co jak pelikan, Krwią swą karmisz nas” – pisał Akwinata. W katedrze na Krk

Podobnie znak ryby jasno odsyła do Chrystusa. Ryba stała się w pierwszych wiekach symbolem wyznawców Chrystusa dzięki Markowi ewangeliście, który rozpoczął swe dzieło słowami: „Początek ewangelii o Jezusie Chrystusie Synu Bożym”. Gdy do formuły „Jezus Chrystus Syn Boży” dołączyć tytuł „Zbawiciel”, otrzymujemy w języku greckich wyrażenie Jesous Christous Theou Hyios Soter. Jego akrostych, a więc pierwsze litery poszczególnych słów, układają się w wyraz ICHTYS, który oznacza „rybę”.

Właśnie dlatego Sienkiewicz w Quo vadis sięgał chętnie po symbol ryby. I nie trzeba wierzyć tym, którzy twierdzą, że ryba stała się symbolem chrześcijan po prostu dlatego, że Piotr był rybakiem. Inni wolą odmienną interpretację reliefu na kolumnie wyspiarskiej katedry. Według nich ptak wskazuje na chrześcijanina, ryba zaś na Chrystusa i w ten sposób płaskorzeźba wyraźnie zaprasza do pełnego uczestnictwa w Eucharystii.

Witraż w kaplicy biskupiej 

Przysiadam na chwilę w ławce i otwieram po książkę – moją podróżną lekturę. „W okresie tuż przed i jeszcze długo po swym nawróceniu sądziłam – pisze Edyta Stein – że wieść życie religijne znaczy porzucić wszystko, co doczesne i żyć tylko tym, co boskie. Stopniowo jednak poznałam, że na tym świecie żąda się od nas czego innego i że nawet w życiu kontemplacyjnym nie wolno zrywać kontaktu ze światem. Że można traktować naukę jako służbę Bożą, zrozumiałam jasno przy lekturze św. Tomasza i dopiero wtedy byłam w stanie podjąć decyzję zabrania się poważnie do pracy naukowej. Sądzę nawet, że im ktoś głębiej jest zanurzony w Bogu, tym więcej musi wychodzić z siebie, a wchodzić w świat, by mu nieść życie boże”.

Już niedługo będę miał okazję przekonać się o prawdziwości tych słów, bo Krk to także wyspa klasztorów.

Klasztor franciszkański

Następnego ranka rozpoczynam bardziej systematyczne zwiedzanie. Wędrując wąskimi uliczkami miasta można zagubić się w uroczych zaułkach, pełnych sklepików, kawiarenek, eleganckich restauracji, jubilerskich sklepów czy maleńkich księgarenek. W spiekocie dnia trudno tu Panu Bogu spełnić obietnicę: „Za dnia nie porazi cię słońce, ani księżyc wśród nocy”. Upał staje się niemal nie do zniesienia. Nocą równie trudno dopełnić drugą część obietnicy: „ani księżyc wśród nocy”. Nocą bowiem księżyc poraża swym majestatycznym widokiem. Jego światło mieszające się ze światłami latarni odbijających się w wyszlifowanych brukach, przyprawia o zawrót głowy.

Młodzieżowe centru rekolekcyjne

Pozornie bezcelowa wędrówka uliczkami miasteczka może doprowadzić do wielu ciekawych miejsc. Natrafić można na przykład na klasztor benedyktynek, które nie chcą iść z duchem czasu i postanowiły w zimie nie ogrzewać swych cel. Taka postawa, która domaga się od mniszek niezłego stanu zdrowia, nie przyciąga jak na razie nowych kandydatek do życia zakonnego. Siostry jednak liczą na to, że ich radykalizm w postach i wyrzeczeniach może zaimponować młodym adeptkom klasztornych murów. Tylko czy aby na pewno? Warto pamiętać w tym kontekście o myśli mojej towarzyszki, Teresy Benedykty: „Wszystko, co czynimy, jest tylko środkiem do celu. Jedynie miłość jest celem samym w sobie”.

Zupełnie niedaleko benedyktynek rozciągnął swe ramiona klasztor franciszkanów. Ślicznie udekorowane inchiostro przypomina o życiu dawnych mnichów. Spacerując po wirydarzu, odmawiali różaniec lub czytali święte księgi. Dziś niewiele się tu zmieniło. Atmosfera tchnie klimatem sprzed wieków, spokojem, majestatem, wyciszeniem, zadumą. Napotkany uśmiechnięty braciszek opowiada dowcipy, a potem częstuje włoską kawą i proponuje … wyprawę.

W zaciszu franciszkańskiego klasztoru

Franciszkanie obrali sobie także inne mieszkanie w okolicach Krk. Chodzi o wyspę Kusljiun. To wyspa z zaledwie czterema mieszkańcami. Nie licząc kota. Wszyscy to właśnie franciszkanie. W centrum wyspy stoi rzeźba świętego założyciela zakonu, biedaczyny z Asyżu, który zabawia się z – jak sam mawiał – „bratem wilkiem”. Istnieje tu także niewielkie muzeum sztuki kościelnej i folkloru.

Na wyspę dostać się można taksówką – łodzią i właśnie ten środek lokomocji wybieramy. Podróż zajmuje zaledwie kilkanaście minut, a linia brzegowa Krk widziana z niewielkiego przecież oddalenia, wspaniale wkomponowuje się w błękit nieba, tworząc harmonijną układankę barw, niebieskiego, zieleni i żółci. Ta ostatnia malowana jest głównie spieczonymi piaskami i wybrzuszeniami skalnymi.

Przystań na „klasztornej” wyspie

Po powrocie na stały ląd wybieram się do niewielkiego miasteczka Vrbnik. Jest to miejsce, w którym nigdy nie sprawowano mszy łacińskiej, lecz zawsze w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Język ten przez wieki zapisywany był głagolicą.

Proboszcz z dumą pokazuje dawne mszały, graduały i antyfonarze. Opowiada się także o tym, iż podczas Soboru Watykańskiego II wywodzący się stąd kardynał odprawił pozostałym uczestnikom zgromadzenia Eucharystię w swoim języku, by w ten sposób przekonać ich do przejścia na języki narodowe. Argument, jak widać, okazał się skuteczny.

Raj archeologów i lingwistów

Krk jest spichlerzem dawnych inskrypcji zachowanych w głagolicy. Nie chodzi tylko o księgi liturgiczne, choć te zaczęły się ukazywać zaledwie pół wieku po wynalezieniu druku przez Gutenberga. Chodzi także o inskrypcje na kamieniach, zwłaszcza w starych kościołach i kaplicach.

Język staro-cerkiewno-słowiański, którym posługiwali się ewangelizatorzy tej części Europy, Cyryl i Metody, był zapisywany w dwóch alfabetach, cyrylicy i głagolicy. Pierwszy pozostał na terenach Bułgarii, Ukrainy, Serbii czy Rosji. Pomniki drugiego wyraźnie zaznaczają swą obecność na Krk.

Karta z mszału staro-cerkiewno-słowiańskiego

Share:
ks. Mariusz Rosik