Podróże

86 lat z filiżanką kawy

Wszystkie fot.: M. Rosik

To jakieś szaleństwo!

I to właśnie dziś, gdy u stóp z Victoria Pik ściele się przede mną świetlana panorama Hong Kongu.

W szklanych ścianach drapaczy chmur odbija się jak w lustrzance festiwal świateł. Obserwuję bacznie. To taka dziwaczna reakcja na ogarniający mnie zachwyt. Największe budynki świata igrają z gwiazdami i bawią się w ciuciubabkę z księżycem.

Wygląd nieba zmienia się co sekundę. Fiolet miesza się z czerwienią, a żółty przebija czerwień. Ognie rozpryskujące się gwiaździście prześcigają te, które prostą kreską strzelają w niebo. Zewsząd z głośników słychać mocne, aczkolwiek delikatne dźwięki piosenki Nat King Cole, przeniknięte zapachem wieczoru i gwarem wielojęzycznych rozmów, w których tubalne męskie głosy mieszają się w dźwięcznymi wzdychaniami kobiet.

Słowem – Hong Kong by Night! Nic bardziej zachwycającego! Całe „księstwo” rozpostarło swe skrzydła na trzech obszarach: wyspy Hong Kong, New Territories i Kowloon.

W szkole podstawowej prowadzonej przez zakonników

Zabawnie – tak, zabawnie, nie śmiesznie – przedstawia się cała historia z „czwórką”. Mieszkańcy Hong Kongu, właściciele największych firm na błękitnym globie i posiadacze największej ilości na metr kwadratowy platynowych kart kredytowych, nie są w stanie mieszkać przy jakiejkolwiek ulicy pod numerem „cztery”!

W kantońskim języku Chińczyków wymowa cyfry „cztery” jest identyczna jak przyprawiającego o dreszcz rzeczownika „śmierć”. Dlatego nie ma tu numeru „cztery” ani w numeracji ulic, ani w liczeniu pięter!

Ci, którzy rządzą najwyższymi liczbami świata na bankowych przelewach, boją się jak ognia magicznej cyfry, która jest dla nich równoważnikiem śmierci finansowej! Żyją w ciągłym stresie, którego pozbawienipozbawieni (powtórzenie świadome) wszystkiego buddyjscy mnisi, zachwyceni faktem, że mogą stać w pomarańczowym sari na środku placu i żebrać o kilka groszy, które zapewnią i utrzymanie do dnia jutrzejszego. Bo przecież „dosyć ma dzień swojej biedy”.

Wciąż nie jestem w stanie wyjść z podziwu nad determinacją ludzi, którzy w wieku czterdziestu lat pokornie przyznają, że nie znają jeszcze ponad pięćdziesięciu procent znaków obecnych w ich języku.

Tysiące znaków zostało użyte w literaturze chińskiej jedynie jeden raz! Kto chce zrozumieć ich znaczenie, musi sięgnąć do słownika.

W Chinach teoretycznie funkcjonują dwa języki – kantoński i mandaryński, jednak różnica w dialektach jest tak ogromna, że można mówić przynajmniej o kilkuset językach. Byłem dumny, gdy nauczyłem się kilku słów w mandaryńskim, jednak moje rozczarowanie sięgało zenitu, gdy nikt z kantończyków nie był w stanie zrozumieć ani słowa, choć przecież był to także język chiński!

Dziś rano na śniadanie znów kawa i kilka wielkich, świeżo zerwanych truskawek.

Jest koniec stycznia.

Stary Peter King, osiemdziesięciosześcioletni ksiądz przysiada obok ze swoją filiżanką.

W 1948 roku jako kleryk został wywieziony z Chin. Zabrano mu paszport i zakazano wjazdu do kraju. Od tamtego czasu nie był w swej ojczyźnie. Najpierw kilka miesięcy spędził na ulicy w Macao, sypiał w kartonowym namiocie, szukał dorywczej pracy, aby w ten sposób nie zginąć z głodu. Udało mu się jednak dostać do seminarium. Skończył je po kilku latach i wyruszył na Filipiny. Nie znał języka tagalo, ledwie mówił po angielsku (tak jest zresztą do dziś) i na Filipinach spędził dwadzieścia lat. Po raz kolejny tłumaczy dziś swoją filozofię:

– Niemowlęta i małe dzieci nie potrafią mówić, a jednak rodzice ich rozumieją. Dzieci różnych języków potrafią bawić się wspólnie, nie znając ani słowa z języka drugiego. A jednak rozumieją się doskonale. Tak właśnie przeszedłem przez życie. Nie uczyłem się języków, a zawsze byłem otoczony ludźmi, nie tylko chrześcijanami. Swojemu biskupowi powiedziałem, aby wysłał mnie w takie miejsce, do którego żaden inny ksiądz nie chce iść. Trafiłem na malutką filipińską wyspę. Pomagałem buddystom i chrześcijanom. Była też tam grupa Wietnamczyków.

Po kilku latach pracy ojca Petera wśród chrześcijańskich i buddyjskich dzieci coraz częściej dochodziło do napięć pomiędzy różnymi nacjami. Napięcia często miały charakter religijny.

Biskup w niedalekim miasteczku został zamordowany, a ponieważ Peter był Chińczykiem, a nienawiść obracała się przeciw nim, postanowiono, że musi odejść z parafii. Zresztą on sam się z tym zgodził. Nie chciał swoją obecnością narażać współbraci na niebezpieczeństwo. Zdecydował się na Hong Kong. Od dwudziestu lat pracuje na wyspie.

Wyspie, której wciąż się uczę…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Share:
ks. Mariusz Rosik