Podróże

Benedyktowym szlakiem. Fotoreportaż sentymentalny

Wszystkie fot.: archiwum M. Rosik

Czas pandemii nie sprzyja wyjazdom długim i dalekim. Postanowiłem więc spróbować krócej i bliżej. A ponieważ 11 lipca wypada wspomnienie Benedykta z Nursji, żyjącego w VI wieku twórcy reguły benedyktyńskiej, szalonego świętego, który lata spędził na modlitwie grotach nieopodal Rzymu, w Subiaco, miasta, które dobrze poznałem – kierunek eskapady został wyznaczony niemal samoczynnie.

Nie, nie było to włoskie Subiaco. Wyjaśniając wybór papieskiego imienia, Benedykt XVI przywołał postać brata bliźniaka św. Scholastyki.

Czas więc, by wyruszyć śladami Benedykta XVI. Wraz z przyjaciółmi w nawigacji samochodu wpisujemy: Ratyzbona!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Katedra św. Piotra w Ratyzbonie

Ratyzbona (Regensburg) szokuje samą datacją. Pierwsza wzmianka pochodzi już z roku 79 po Chr. Od razu uświadamiam sobie, że w tym właśnie roku, około tysiąca kilometrów na południe, wybuchł Wezuwiusz! Gdy mieszkańców Herculanum i Pompei pokrywała lawa, inni obywatele imperium wznosili twierdzę na styku trzech rzek, Dunaju, Inn i Regen. W 739 roku utworzono tu diecezję dzięki staraniom św. Bonifacego, a kilkadziesiąt lat później powstała pierwsza katedra. Chórem katedralnym jeszcze kilkanaście lat temu przewodził prałat Georg Ratzinger, brat papieża Benedykta.

A współczesna historia akademickiego życia miasta rozpoczęła się w 1965 roku, czyli od powstania Uniwersytetu w Ratyzbonie. To niewiarygodne, że uchodzące za najstarsze w Europie średniowieczne miasto tak długo nie posiadało wyższej uczelni. A może wcale się o to nie troszczyło, skoro zasłynęło faktem, iż przez lata młodych mnichów wprowadzał tu, w dominikańskim klasztorze, w tajniki teologii św. Albert Wielki, nauczyciel św. Tomasza z Akwinu?

Do tego samego dominikańskiego klasztoru w 1969 roku przybył nowo mianowany profesor, Józef Ratzinger. Ponieważ na niedawno utworzonej uczelni nie znaleziono jeszcze odpowiedniego budynku dla teologii, wykłady odbywały się u dominikanów.

Wcześniej droga naukowa Ratzingera nie była usłana różami. Poszczególne szczeble na drabinie wiedzy przechodził jednak wprawnie dzięki swej pracowitości i bystrości umysłu. Najpierw było gimnazjum w Traunstein, potem niższe seminarium duchowne w tym samym miasteczku, następnie wyższe seminarium we Fryzyndze i studia na Herzogliches Georgianum w Monachium. Po obronie doktoratu został profesorem w Bonn, Münster i Fryzyndze.

Najbardziej fascynujące dla Josepha Ratzingera było zawsze stawianie pytań. Ponoć nauczył się tej umiejętności od jednego ze swoich wykładowców. Gottlieb Söhngen formułował wątpliwości co do prawdy o wniebowzięciu Maryi. Zapytano go wówczas, co się stanie, jeśli dogmat ten zostanie przyjęty. Profesor odpowiedział z pokorą: „Jeśli dogmat zostanie przyjęty, przypomnę sobie, że Kościół jest mądrzejszy niż ja”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kilka migawek z dzisiejszej Ratyzbony

Świeżo upieczony profesor miał nadzieję, że uda mu się osiąść na stałe w Ratyzbonie, więc postanowił wybudować dom w pobliżu miasta. Udało się. Niewielki, ale wygodny bydynek powstał w Pentling, kilka kilometrów od uczelni. Mając nadzieję na dziesięciolecia spokojnej pracy naukowej w tym miejscu, Ratzinger zakupił działkę, otoczył skromnym ogrodzeniem, postawił schludny budynek, zagospodarował poszczególne pomieszczenia, na półkach rozłożył książki, do głównego pokoju wstawił pianino, a potem … zaprosił do zamieszkania swoją siostrę Marię brata Georga. Maria była kobietą bardzo praktyczną. Dbała o czystość w schludnym i niewybrednym wnętrzu domu, jednak bardziej uwielbiała czas spędzony na pielęgnowaniu niewielkiego ogródka. Teologia światowa ma jej do zawdzięczenia to, że przez dziesięciolecia przepisywała pisane ręcznie przez jej brata traktaty teologiczne. Nie tylko tu, w Ratyzbonie, ale także później w Rzymie. Georg natomiast cały oddawał się muzyce…

Dziś dom Ratzingerów w Pentling, w którym mieszkali w latach 1969-1977, jest prywatną własnością, zapewne jakiejś bawarskiej rodziny. Znalezienie go wymaga niemałego wysiłku. Został tak obudowany ogrodzeniem i roślinnością, że jest prawie nieprzystępny. Jedynie niewielka tablica z kilkoma zdjęciami informuje o wcześniejszych mieszkańcach. Przed fasadą wystawiono niewielkie popiersie – raczej Georga niż Józefa. W krużganku przy tylnym wejściu znajduje się ogromny krzyż. Skromny, oblany światłem lipcowego słońca dom, sprawia wrażenie idealnego miejsca do naukowej pracy – przygotowywania wykładów, teologicznych refleksji, pisania artykułów i książek…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dom rodzeństwa Ratzingerów w Pentling. Zdjęcia w stylu „vintage” pochodzą z tablicy stojącej przed budynkiem usytuowanym przy Bergstrasse 6.

Jak wspomniałem, w domu w Pentling Józef Ratzinger spędził kilka lat ze swoją siostrą Marią i  bratem Georgem. Obaj bracia darzyli się ogromnym szcunkiem i przyjaźnią. Gdy ich życiowe ścieżki rozeszły się, starali się spotykać regularnie. Osobiście miałem okazję jeden raz być niemym świadkiem takiego spotkania.

Wszystko dlatego, że wybrałem się do  do sanktuarium maryjnego w Mariazell w Austrii w dniach, gdy z apostolską wizytą pojawił się tam Benedykt XVI. Georg, choć już podeszły w latach, nie wahał się ani chwili. Przyjechał tu z pobliskiej Bawarii.

Jadąc do Mariazell, próbowałem sobie przypomnieć historię sanktuarium. Owiana jest legendą, która sięga roku 1157. Benedyktyński mnich o imieniu Magnus opuścił swą klasztorną wspólnotę w St. Lambrecht i przybył w okolice dzisiejszego Mariazell jako „duszpasterz pasterzy”. Przyniósł ze sobą niewielką drewnianą figurę Maryi i Dzieciątka Jezus. Ponieważ nie miał gdzie zamieszkać, wybudował z sercu gór celę dla siebie. W jej centrum ustawił maryjną statuetkę. Jego mieszkanie stało się także celą Maryi – stąd nazwa „Mariazell”. Figura przedstawia specyficzną scenę: Maryja wyciągniętym palcem lewej dłoni wskazuje na Chrystusa. W takim kontekście nie dziwiło hasło ówczesnej papieskiej pielgrzymki do Austrii: Auf Christus schauen – „spoglądać na Chrystusa”.

Podczas uroczystych nieszporów w Mariazell 8 września 2007 roku.

Pamiętam, że w homilii uderzyła mnie po raz kolejny ta zasadnicza prawda: chrześcijaństwo nie redukuje się do moralności, chrześcijaństwo to nie system nakazów i zakazów, przykazań i przepisów; chrześcijaństwo to relacja przyjaźni – przyjaźń z Jezusem Chrystusem. Chrystus jest Prawdą – mówi papież. Należy patrzeć na Tego, którego wskazuje Maryja. Z tej kontemplacji rodzi się pragnienie naśladowania Go i dawania o Nim świadectwa. Przypominają się słowa autora Listu do Hebrajczyków: Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala (Hbr 12,2). W pewnym sensie można pokusić się o twierdzenie, że chrześcijaństwo polega na kontemplacji oblicza Chrystusa.

Brat papieża Georg Ratzinger w Mariazell.

Sielanka wspólnego zamieszkiwania trojga rodzeństwa, Marii, Georga i Józefa, została przerwana, kiedy Józef Ratzinger został powołany przez Pawła VI na stolicę arcybiskupią Monachium i Fryzyngi. Było to w 1977 roku. Skrzętnie kształtowane plany na przyszłość upadły niczym domek z kart. Józef i Maria przenieśli się do Monachium, a niedługo później – na wezwanie Jana Pawła II – do Rzymu. Georg powrócił do Ratyzbony.

Podczas wyprawy długo nam zajęło poszukiwanie grobów Marii i Georga. Najpierw dowiedzieliśmy się jedynie tyle, że należy ich szukać na cmentarzu w Pentling. Wyjeżdżając z Ratyzbony już po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na przepięknym cmentarzu w niewielkiej miejscowości. Przepięknym, bo stanowi on magiczną koniunkcję parku i ogrodu. Oddalone od siebie wysokie drzewa liściaste muszą spoglądać na kwitnące pomiędzy nimi niskopienne krzewy i kwiaty oraz wściubione pomiędzy nie oazy nagrobków, które kamiennym spokojem wprowadzają odwiedzających w nastrój błogiej zadumy. Przedzierające się przez liście i konary promienie zachodzącego słońca sprawiają, ze nie jest to zaduma przygnębiająca i napawająca niepewnością. To raczej zachęta: żyj w zgodzie ze sobą i bądź szczęśliwy.

Na tym cmentarzysku nie ma jednak grobów rodzeństwa papieża. Wyruszamy więc dalej. Za wskazaniem mieszkańców docieramy do kościoła parafialnego św. Józefa w Pentling. Tam znajduje się drugi cmentarz w tej miejscowości. Po pewnym czasie udaje nam się odnaleźć skromny nagrobek Marii, a także – ku naszemu zdumieniu – rodziców całego rodzeństwa. O tym, że Józef Ratzinger na zawsze chciał zamieszkać w Ratyzbonie, świadczy właśnie ten nagrobek. Po przeprowadzeniu się do tego miasta przeniósł prochy swoich rodziców na ten cmentarz. Naszą uwagę przykuły dwie rzeczy: po pierwsze, że rodzice Ratzingerów mieli na imię Maria i Józef, co oznacza, że takie same imiona nadali dwojgu swoim dzieciom; po drugie, że Georg wcale nie jest pochowany na tym cmentarzu.

Nasze „śledztwo” trwa dalej. Przy pomocy życzliwych osób i Wikipedii decydujemy się wrócić do Ratyzbony. Ostatecznie to tu, na cmentarzu położonym przy kościele św. Antoniego, zechciał spocząć brat papieża. Georg zmarł 1 lipca 2020 roku, kilka miesięcy po prywatnej wizycie papieża seniora przy jego łożu boleści. Nad grobem Georga stajemy 10 lipca 2021, niemal w rocznicę jego śmierci…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dwa cmentarze. Na pierwszym, w Pentling, spoczywają rodzice i siostra papieża seniora. Na drugim, w Ratyzbonie, jego brat Georg.

W tym miejscu nie sposób nie przypomnieć sobie moich studiów rzymskich i spotkania z kard. Ratzingerem w Casa San Carlo. Jest to międzynarodowe kolegium dla księży studentów z całego świata. W jubileuszowym roku 2000 mieszkało nas tam około pięćdziesięciu adeptów nauk teologicznych. Reprezentowaliśmy dwadzieścia sześć narodowości. Rektorem był Msgr. Rafaello Martinelli, ówczesny sekretarz w Kongregacji Nauki Wiary, a więc bezpośredni podwładny kard. Ratzingera. Martinelli miał zwyczaj raz do roku zapraszać swojego przełożonego na uroczystą kolację do Casa San Carlo. W refektarzu ustawionych było kilkanaście czteroosobowych stołów. Tamtego majowego wieczoru pod koniec posiłku kardynał podchodził od stolika do stolika, by przywitać się z księżmi. Rektor postępował za nim. Gdy Ratzinger usłyszał, że jestem z Wrocławia, poprosił o krzesło. Powiedział, że za kilka miesięcy wybiera się do Wrocławia, by odebrać doktorat honoris causa naszej teologicznej alma mater. Rozmawialiśmy przez te kilka minut w większości po niemiecku, ale zza pleców słyszałem co chwilę zawiedziony i nieco poirytowany głos rektora: Ma parla italiano!

W sierpniu 2001 roku, po ukończeniu studiów w Rzymie i Jerozolimie, zjechałem do Polski, by od 1 października rozpocząć pracę na Papieskim Wydziale Teologicznym. Kard. Ratzinger odebrał swój akademicki laur naszej uczelni rok wcześniej, 27 października 2000 roku. Niemal przez tydzień mieszkał w apartamencie w seminarium duchownym. Zrządzeniem losu tak się stało, że gdy kilka lat później remontowano moje mieszkanie przy ul. Katedralnej, sam przeniosłem się do tego właśnie apartamentu, co powodowało życzliwe żarty kleryków.

Międzynarodowe kolegium Casa San Carlo w Rzymie położone jest przy Via del Corso, na skrzyżowaniu z Via Condotti, około dwustu metrów od Piazza di Spagna. W czasie swojej kadencji jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kard. Ratzinger odwiedzał to miejsce raz do roku.

Z takim wspomnieniem docieram wraz z towarzyszami przygody do hotelu w Mühldorf am Inn. Miasteczko położone jest kilkanaście kilometrów od Marktl am Inn, miejsca urodzenia Józefa Ratzingera. Jutro rano planujemy odnaleźć dom, w którym mieszkała cała rodzina Ratzingerów.

Budzi nas bawarski deszcz, który będzie nam towarzyszył przez dwie trzecie dnia. Nie zraża nas to jednak. Po lekkim śniadaniu wyruszamy w drogę. Ojciec przyszłego papieża z zawodu był urzędnikiem państwowym, potocznie zwanym „żandarmem”. Z tego powodu rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Gdy przyszedł na świat Józef, najmłodszy z rodzeństwa, zamieszkiwali właśnie w Marktl am Inn. W jednopiętrowym budynku i zabudowaniach gospodarczych urządzono niewielkie muzeum. Ekspozycje – głównie zdjęcia z opisami – przedstawiają życiorys Benedykta. Wizytę w tym miejscu rozpoczynamy od dziesięciominutowego filmu, po czym zwiedzamy poszczególne pomieszczenia, zapoznając się z niektórymi szczegółami biografii przyszłego „pancernego kardynała”.

Odwiedzamy także kościół parafialny św. Oswalda, w którym nowonarodzony Józef przyjął chrzest zaledwie cztery godziny po przyjściu na świat, 16 kwietnia 1927 roku. Jako szczególny znak łaski odczytujemy fakt, że docieramy do świątyni właśnie w chwili, gdy rozpoczyna się chrzest dziecka z tej wspólnoty parafialnej!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dom rodzinny Józefa Ratzingera, którego nie może pamiętać. Rodzina wyprowadziła się z Marktl am Inn, gdy przyszły papież miał zaledwie dwa lata. W dalszej części prezentacji – kościół chrztu Józefa.

Z Marktl am Inn, w 1929 roku Ratzingerowie przeprowadzili się do Tittmoning, gdzie pozostali do 1932 roku. Wystarczy dwadzieścia kilka minut, aby tam dotrzeć. Rodzina zamieszkała w obszernym trzypiętrowym domu w samym centrum miasta. Ich mieszkanie usytuowane było na pierwszym piętrze, gdyż na parterze urządzono posterunek – stanowisko pracy Józefa seniora. Na tyłach domu znajdowało się przedszkole, dziś nazwane imieniem papieża. Z tego bardzo wczesnego okresu swojego życia Benedykt zapamiętał fascynację obrazami w tutejszym kościele św. Wawrzyńca. Wyobraźnia kazała mu dopowiadać przedstawione tam historie z życia Świętej Rodziny. J.L. Allen, biograf Benedykta, tak relacjonuje tamte lata:

To właśnie spędzony w dzieciństwie czas w Tittmoning wywołuje najcieplejsze wspomnienia kardynała. Pisze o szczęśliwych dniach spędzanych na polu, o szukaniu rzeczy dotyczących pochodzenia rodziny i o pobożnych wycieczkach do kaplicy Ponlach. Opisuje odwiedziny u starszej pani w Tittmoning w Boże Narodzenie, której pamiątki rodzinne zajmowały dosłownie cały salonik, i to, jak bardzo uderzyła go siła jej prostej wiary.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W Tittmoning Ratzingerowie mieszkali w latach 1929-1932. Ślady ich obecności znaleźć można na tablicach wywieszonych na ich domu, przedszkolu, do którego uczęszczał Józef, i w kościele parafialnym.

Gdy w kościele parafialnym dostrzegam dużą fotografię Benedykta w pełnym stroju papieskim, zasiadam na chwilę w ławce i oddaję się zadumie. W 2005 roku miałem okazję złożyć homagium papieżowi w czasie wizyty polskich biskupów Ad limina apostolorum, towarzysząc abp. Marianowi Gołębiewskiemu. To wtedy otrzymałem od Ojca Świętego różaniec, który nie tylko przypomina mi o tej chrystologicznej modlitwie maryjnej, ale zwyczajnie stanowi cenną pamiątkę.

Rok później, dokładnie 25 maja 2006 roku, Benedykt XVI odbył swoją pielgrzymkę do Polski. Miałem szczęście brać udział w spotkaniu z duchowieństwem, które odbyło się w archikatedrze warszawskiej pod wezwaniem św. Jana. Bardzo utkwiły mi wtedy w pamięci słowa:

Nie ulegajmy pokusie pośpiechu, a czas oddany Chrystusowi w cichej, osobistej modlitwie niech nie wydaje się czasem straconym. To właśnie wtedy rodzą się najwspanialsze owoce duszpasterskiej posługi. Nie trzeba się zrażać tym, że modlitwa wymaga wysiłku, że podczas niej zdaje się, że Jezus milczy. On milczy, ale działa.

Benedykt XVI w archikatedrze warszawskiej 25 maja 2006 roku. Spotkanie z duchowieństwem.

W tym samym przemówieniu papież wspomniał Światowy Dzień Młodzieży w Kolonii, który celebrowano rok wcześniej. W Niemczech oczekiwano Jana Pawła II, jednak Opatrzność sprawiła, że pojawił się tam Jego następca. W katedrze warszawskiej Benedykt wspomniał modlitewne czuwanie młodzieży przed Najświętszym Sakramentem:

Odnośnie do tego chciałbym wspomnieć przeżycie z ubiegłego roku w Kolonii. Byłem wówczas świadkiem głębokiego, niezapomnianego milczenia miliona młodych ludzi, w momencie adoracji Najświętszego Sakramentu! To modlitewne milczenie nas zjednoczyło, podniosło na duchu. Świat, w którym jest tak wiele hałasu, tak wiele zagubienia, potrzebuje milczącej adoracji Jezusa, ukrytego w hostii. Trwajcie w modlitwie adoracji i uczcie wiernych tej modlitwy. W niej znajdą pocieszenie i światło przede wszystkim ludzie strapieni.

Nocne czuwanie młodych podczas XX Światowych Dni Młodzieży na Marienfeld w Kolonii w sierpniu 2005 roku. Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się o zabójstwie Brata Rogera.

Spotkanie w Kolonii odbywało się pod hasłem Przybyliśmy oddać Mu pokłon (Mt 2,12) z tego powodu, że to właśnie kolońska katedra kryje relikwie tajemniczych mędrców ze Wschodu, którzy oddali hołd Nowonarodzonemu Chrystusowi. Miasto to jest mi o tyle bliskie, że przez wiele lat archidiecezji kolońskiej przewodził kard. Joachim Meisner, urodzony i ochrzczony w par. św. Jadwigi we Wrocławiu – Leśnicy, która jest także moją rodzinną parafią. To dzięki niemu mogłem poznać miasto – klejnot architektury średniowiecza.

Papież Benedykt XVI i kard. Joachim Meisner przed kolońską katedrą.

Czas wyrwać się z zamyślenia, by wyruszyć w dalszą drogę bawarskimi szlakami ciągnącymi się pośród zielonych łąk i zbóż dojrzewających do zbioru, pośród łagodnych pagórków i gęstych lasów. Zza horyzontu od czasu do czasu zarysowują się zarysy Alp. To dobry znak. Deszcz powoli ustaje, gdy docieramy do Aschau am Inn, mijając po drodze przepiękne Chiemsee.

W Aschau Ratzingerowie mieszkali od 1932 do 1937 roku. Ich dom jest dziś prywatną posesją. Jedynie niewielka tablica przypomina o ich pobycie tutaj. Podwórzec domostwa nazwano imieniem niemieckiego papieża. Tu, w kościele parafialnym, przyszły Pontifex Maximus przyjął pierwszą Komunię świętą. Tuż obok kościoła parafialnego wybudowano hotel, by upamiętnić Benedykta.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Aschau am Inn. Tutaj Ratzigerowie mieszkali przez pięć lat.

Kolejnym miejscem pobytu rodziny przyszłego papieża była niewielka miejscowość Hufschlag, położona na przedmieściach Traunstein. Aby się tam dostać, jedziemy prawdziwie polnymi, bardzo wąskimi drogami. I ten dom stanowi dziś prywatną własność. Jest zaniedbany, a wstęp na posesję jest wzbroniony. Udaje się jedynie zrobić kilka zdjęć i pospacerować po pobliskim lesie, w którym bracia Ratzingerowie długimi godzinami dyskutowali o religii, teologii, literaturze i muzyce… Ta ostatnia, jak wiadomo, była pasją obydwu. Dlatego stąd nieraz wybierali się do Salzburga na koncerty mozartowskie.

Tymczasem samo Traunstein to miasto, z którym związane są ostatnie lata dzieciństwa i młodość Józefa. Tu kończył szkołę podstawową i ten okres uznaje za najbardziej beztroski i pouczający w swym życiu. Tu w kościele parafialnym przyjął sakrament bierzmowania. Tu wreszcie wstąpił do niższego seminarium, gdzie życie nie układało się już tak różowo, jak w rodzinnym domu. Józefowi nie odpowiadał zwłaszcza bardzo surowy i dokładny program dnia oraz lekcje gimnastyki. Niewielkie boisko do piłki nożnej, na którym spędzony czas Ratzinger uważał za stracony, stoi do dziś w tym samym miejscu przed surowym budyniem seminarium.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dom Ratzingerów w Hufschlag i miasteczko Traunstein z kościołem parafialnym, w którym młody Józef przyjął sakrament bierzmowania, szkołą podstawową i niższym seminarium duchownym.

Kolejnego, a zarazem ostatniego dnia sentymentalnej wyprawy bawarskim szlakiem papieża Benedykta, wybieramy się do Fryzyngi. Ponieważ droga zająć musi sporo czasu, a cicha muzyka z głośników auta i zmieniające się za oknem krajobrazy skłaniają do przemyśleń, znów daję upust fali wspomnień.

W 2008 roku, od 5 do 26 października, odbywał się w Rzymie Synod Biskupów na temat Słowo Boże w życiu i misji Kościoła. Nie mogłem uczestniczyć w samych obradach, jednak dowiadując się od uczestników o ich treści, co tydzień przekazywałem relację drukowana na łamach tygodnika Niedziela.

Podczas obrad synodu doświadczenie uniwersalizmu Kościoła stało się wręcz namacalne. Uniwersalizmu, a jednocześnie zróżnicowania. Przykłady można mnożyć. Podczas gdy niektórzy z uczestników zajmowali się wysoce specjalistycznymi metodami współczesnej egzegezy, inni martwili się, że nie mają jeszcze tłumaczenia Biblii na ich własny język. Tak było choćby na pobliskiej Białorusi, która być może do dziś nie doczekała się całościowego przekładu Pisma Świętego. W innych zakątkach świata panowały odmienne problemy. Biskup Madagaskaru chętnie rozdałby Biblię swoim wiernym. Kłopot w tym, że gros z nich to analfabeci. Problemem jest w niektórych rejonach fundamentalistyczna lektura Biblii. Pismo Święte wydaje się niekiedy niedowartościowane w katechezie i przepowiadaniu. Plejada poruszanych przez ojców synodu zagadnień była więc przebogata.

I kolejne wspomnienie…

We wrześniu 2013 roku, już kilka miesięcy po złożeniu rezygnacji przez papieża Benedykta, w Rzymie odbywało się sympozjum zorganizowane przez Joseph Ratzinger Foundation. Zostałem zaproszony do udziału z tego powodu, że poświęcone zostało historycznym i chrystologicznym aspektom Ewangelii. Wykłady odbywały się głównie na Uniwersytecie Laterańskim, jednak uroczystość wręczenia Proemio Ratzinger zorganizowano w Watykanie, w słynnej Sali Klementyńskiej. Laureatami nagrody zostali wówczas Richard Burridge, duchowny anglikański, za swoje badania nad gatunkiem literackim Ewangelii, oraz Christian Schaller, dogmatyk z Regensburga, który podjął się wydania opera omnia Ratzingera. Rok później laureatem tej samej nagrody został polski biblista, prof. Waldemar Chrostowski.

Sala sympozjalna na Uniwersytecie Laterańskim. Obradom przewodniczył kard. Camillo Ruini. Podczas jednej z sesji trzydniowych obrad pojawił się papież Franciszek.

Benedykt XVI w Sali Klementyńskiej tuż po wręczeniu nagrody laureatom Proemio Ratzinger.

Wieczorem dojeżdżamy do hotelu… Czas otrząsnąć umysł z nostalgicznych wspomnień, bo za chwilę rozpocznie się mecz o mistrzostwo EURO 2020!

Następnego ranka, po nocy pełnej piłkarskich emocji, wyruszamy w stronę Fryzyngi. Interesują nas dwa obiekty: seminarium duchowne, w którym do kapłaństwa przygotowywali się bracia Józef i Georg, oraz katedra pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny i św. Korbiniana, w której przyjęli święcenia. Okazuje się, że seminarium przeniesiono do Monachium, więc jedynie z zewnątrz oglądamy budynek, w którym niegdyś się mieściło. Natomiast katedra? Zachwyca tak, jak tylko można sobie to wyobrazić! Pierwszy kościół powstał tu już w 860 roku. Przez wieki rozbudowywano go, dodawano nowe obiekty, klasztor, kaplice, krypty… Wszystkiego nie można opisać w kilku zdaniach! Trzeba by raczej wydać kilka tomów! Wspomnę więc tylko, że w ołtarzu głównym znajduje się dzieło Rubensa (dziś – jedynie kopia, ze względów bezpieczeństwa) przedstawiające Maryję, apokaliptyczną Niewiastę obleczoną w słońce.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Po wizycie we Fryzyndze nastawiamy w nawigacji nowy cel: Wrocław. Droga będzie długa, więc jest wystarczająco dużo czasu na rozmowy i przemyślenia, na podsumowania i porządkowanie wspomnień.

Porządkuję więc i wychodzi mi, że ze wszystkich spotkań i uroczystości, podczas których choć z daleka mogłem dostrzec Benedykta XVI, najbardziej utkwiło mi w pamięci to z kwietnia 2005 roku, na placu św. Piotra w Rzymie. Gdy kard. Ratzinger wskazał palcem okno, w którym jeszcze dwa tygodnie temu ukazała się twarz Ojca Świętego Jana Pawła II, wszyscy jak zaczarowani obrócili się w tamtą stronę. Okno było puste. Nasz ukochany Ojciec Święty stoi w oknie domu Ojca i nam błogosławi – powiedział Ratzinger.

Oklaski zabrzmiały potężniej niż huk wodospadu. Próba ich powstrzymania byłaby jak chęć zatrzymania wiatru, który przewracał karty Ewangeliarza złożonego na trumnie na wysokości serca. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha. Tak też było ze św. Janem Pawłem II. Kiedy po Komunii świętej rozległy się na przemian dwa okrzyki, Jest już w niebie! i Natychmiast święty!, stojący obok mnie amerykański ksiądz wyszeptał jakby sam do siebie: Kanonizacja przez aklamację.

Deszcz ustał… Zmierzamy w kierunku Hof. Tym razem muzyka jest wyłączona. W samochodzie słychać delikatnie monotonny szum silnika i działającej klimatyzacji. A mnie przypominają się słowa, które Benedykt zapisał w książce Światłość świata:

Bycie człowiekiem to coś wielkiego, (…) to wielkie wyzwanie. Prawdziwemu człowieczeństwu nie odpowiada banalność życia, które sobie po prostu płynie. Tak jak i nie odpowiada mu nastawienie na wygodę jako lepszy sposób życia, na dobre samopoczucie jako jedyną treść pojęcia szczęścia. Trzeba dostrzegać konieczność postawienia wyższych wymagań byciu człowiekiem i dopiero przez to właśnie otwiera się droga do większego szczęścia; że to bycie człowiekiem jest jak chodzenie po górach, w których zdarzają się trudne wspinaczki.

Dopiero dzięki nim jednak udaje się nam dotrzeć tak wysoko, że możemy doświadczyć piękna bycia.

Share:
ks. Mariusz Rosik