Podróże

ARTE ITALIANA OKIEM TELEOBIEKTYWU

Spośród trzech klasycznych gwiazd zawieszonych na granatowym nieboskłonie, za którym mieszkanie swe obrał Bóg, gwiazd, którym na imię Prawda, Dobro i Piękno, mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego ze szczególnym upodobaniem wpatrywali się w tę ostatnią. Obrali Piękno jako najprostszą drogę ku niebiosom. Owszem, nie pogardzali Prawdą, zwłaszcza w wydaniu prawideł typu veritas in vino est; nie skąpili okazywania dobroci, zwłaszcza śladami asyskiego twórcy zasady pax et bonum; ale zawsze faworyzowali piękno. Jest więc Italia  kolebką wielu nurtów sztuki i skarbcem Europy. Jest wielkim muzeum zbudowanym geograficznie na kształcie trzewika, a oświetlanym dającym się często we znaki słońcem. Salom tego muzeum różne nadano imiona: Florencja i Rzym, Neapol i Sardynia, Dolomity i Piza. Wędrujący po nich przemierza epoki i style. Nie starczy życia temu, kto chciałby je poznać dokładnie. Dlatego zatrzymać można jedynie kilka migawek – jak w obiektywie aparatu fotograficznego. Bo przecież każde zdjęcie przywołuje uczucie, które towarzyszyło przy jego robieniu.

Migawka pierwsza: Michelangelo z Kaplicy Sykstyńskiej

Sykstyna powala. Niemal każdy, kto przekracza jaj próg, natychmiast milknie. Znajduje się w innym świecie. Świecie niewyobrażalnego piękna, patosu, majestatu i doskonałości. Kiedy człowiek oswoi się choć trochę, o ile to w ogóle możliwe, z klimatem miejsca, i kiedy spośród fresków zaczyna wyławiać te najbardziej znane, może go uderzyć pewien kontrast w ich wymowie. Wzrok wędruje najpierw na Stworzenie Adama na sklepieniu. To jedno z pierwszych dzieł o tej tematyce, w którym odchodzi się od ukazywania Boga jako demiurga czy Dedala lepiącego z gliny postać mężczyzny. Pełen ojcowskiej troski Stwórca, niesiony wiatrem przeszywającym połacie płaszcza, z pieczołowitością i niezwykłą wręcz delikatnością dotyka niemal dłoni Adama. Wydaje się, że na styku linii palców nastąpi zaraz wyładowanie elektryczne! Dobroć i Opatrzność boska tego fresku kontrastuje z postacią Chrystusa z Sądu Ostatecznego. Sąd powstawał niemal sześć lat, w momencie, gdy na Rzym najechały wojska Burbona, prowadzącego armię Karola V Habsburga, by pomścić sojusz papieża z Francją. Sacco di Roma trwało cztery tygodnie: kradzieże, masakra, zabójstwa, gwałty, podpalenia – istny sąd ostateczny! To właśnie wtedy papież chronił się w Zamku Anioła. Później, nękany wyrzutami sumienia, że jego polityka doprowadziła do takiej rzezi ludności rzymskiej, każe malować Buonarrotiemu scenę sądu na ścianie ołtarzowej Sykstyny. Artysta przeżywał wtedy kryzys religijny. Odezwały się w nim żywo wspomnienia z kazań Savonaroli, których słuchał w dzieciństwie: „Po cóż wam jeszcze prorocy, skoro na własne oczy możecie zobaczyć, że dzień sądu jest blisko, że stoi u waszych drzwi, że już jest za późno?”.

Gromkie kazania o okropnościach dnia ostatecznego znalazły swój wydźwięk także na mokrym tynku. Sędzia, potężny mężczyzna, wznosi w geście potępienia swą prawicę. Potęga i groza tchną z malowidła. Niemal słychać ogłuszający dźwięk trąb aniołów obwieszczających dzień sądu. Artysta odszedł od dotychczasowej konwencji, w której niebo przedstawiane jest w górnej części malowidła, a piekło w dolnej. Tutaj wszystko się kłębi i splata ze sobą! Spoglądając na dzieła, pytam sam siebie, czy to nie dziwne, że dwa tak dalekie od siebie wyobrażenia boskości wychodzą spod pędzla jednego artysty? Dobry Stwórca i potężny Sędzia. Miłość i gniew. Miłosierdzie i sprawiedliwość. Gdy niesiony tłumem docieram do wyjścia z kaplicy, przychodzi mi do głowy myśl, że przecież nie tylko Michał Anioł nosił w sobie dwa różne wizerunki Boga. Te dwa obrazy zmagają się chyba w każdym. Kroczenie drogą wiary jest jak chodzenie po linie rozpiętej pomiędzy dobrocią a surowością. Tę prawdę przecież odkrył król Dawid, gdy wołał: „Wpadnijmy raczej w ręce Pana”.

Znamienne, w jaki sposób doszło do tego, że Buonarroti zabrał się za Sekstynę. Pracował na Watykanie nad grobowcem papieża Juliusza II, o którym mówiono – ze względu na porywczy charakter – że klucze Piotrowe wrzucił do Tybru i zamienił na miecz Pawłowy. Gdy pewnego razu rzeźbiarz pojawił się w poczekalni papieża, by prosić o finanse, ten kazał odprawić go z kwitkiem. Urażony do żywego Michelangelo dosiadł konia i wściekły opuścił Rzym. Powrócił do rodzinnej Florencji. Gdy po pewnym czasie Juliusz znajdował się w niedalekiej Bolonii, naciskany przez władze miasta artysta ugiął się przed majestatem: przyszedł prosić o wybaczenie. „Zamiast przyjść do nas, czekałeś, aż my przyjdziemy do ciebie” – powitał go następca Piotra. Po przyjęciu przeprosin papież namawia Buonarrotiego do malowania „sufitu” (tak się wyraził!) w Capella Sistina. Gdy ten zaczął się wymawiać, spotkało prosty argument: „My nie prosimy, lecz rozkazujemy!” I właśnie wtedy Michał Anioł postanawia wypełnić kaplicę „ruchem”. Sklepienie powstaje w przeciągu trzech i pół roku. Rozpoczął pracę w pewien styczniowy poranek 1509 roku, a kończył ją w październiku 1512. „Czemu to tak długo trwa? Kiedy skończysz?” – pytał często Juliusz, postukując swą laską na rusztowaniach. Odpowiedź była zawsze tak samo harda: „Kiedy zadowolę samego siebie!”

Migawka druga: weneccy twórcy mozaik

Do centrum miasta na wodzie nie można dostać się własnym samochodem. Trzeba go zostawić na parkingu poza aglomeracją i wybrać się na przejażdżkę jednym z setek promów, które zatrzymują się na przystaniach w sercu Wenecji. Jeśli zaczarowane miasto na adriatyckim wybrzeżu zachwycało swym pięknem dawniej tak samo jak dziś, nic dziwnego, że jego mieszkańcy uwierzyli słowom przepowiedni. Legenda głosi, że kiedy św. Marek przypłynął na wenecką lagunę, podczas snu objawił mu się anioł. Boży wysłaniec miał przepowiedzieć ewangeliście, że właśnie w tym mieście spocznie po śmierci jego ciało. Pozdrowienie anielskie rozpoczynało się słowami zapisanymi w księdze, której ciężar dźwiga zawsze lew, symboliczny towarzysz pisarza o języku bardziej żywotnym niż bystre wody: Pax tibi, Marce, evangelista meus. Wenecjanie, od wieków otoczeni urzekającym pięknem, skłonni byli wierzyć w sny, pojawienia się aniołów i cuda zdarzające się na co dzień. Ich miasto było przecież jednym z nich.

Aby pomóc wypełnieniu się proroctwa, wykradli ciało ewangelisty z Aleksandrii w 828 roku i przywieźli je do Wenecji. Zadedykowali mu „kościół na wodzie”. Mozaika na fasadzie katedry św. Marka przedstawia scenę zmartwychwstania. Chrystus w geście zwycięstwa nad światem ciemności ma uniesioną prawą dłoń. Z Jego postaci bije blask. Krzyż, który przytrzymuje lewą dłonią, tryumfuje nad całą sceną. Ze znaku śmierci przecież stał się krzyż znakiem miłości. Pastelowe kolory zmieszane z poświatą złota nadają majestatu i królewskiej chwały całej scenerii. Mozaika przesycona jest światłem. Jest to blask zmartwychwstania. Światło dnia trzeciego.

Teza Herberta Spencera, że bazylika wenecka to „wybitny przykład architektury barbarzyńskiej” nie zyskuje wielu zwolenników. Konsekrowana w 832 roku, już w 150 lat później została strawiona przez pożar. To właśnie jej odbudowa i późniejsze upiększenia dodane do pierwotnej konstrukcji decydują o pierwszym wrażeniu na odwiedzających. Specyficzna mieszanka stylów budowli, a także olbrzymi prostokąt placu, szary dywan gołębi, wiejąca od morza bryza zmieszana z zapachem wody, plusk wioseł w kanałach, wiecznie brzmiący Vivaldi, trzask fleszów i łoskot macchinetty do capuccino – wszystko to stanowi o niezapomnianym klimacie i magii miasta. Zaczarowanego miasta.

Migawka trzecia: traffico na Marmoladzie

Droga wiodąca na Marmoladę w sercu Dolomitów jest przede wszystkim kamienista. Przyczepność butów stawianych na twardej i wyślizganej skale nie jest najlepsza. Wciąż trzeba uważać. Gdzieniegdzie spod kamieni lub w niewielkich szczelinach i rozpadlinach spotkać można jeszcze połacie śniegu, choć przecież lipiec dobiega końca. Wędrówka jednak staje się miarowa. Krok za krokiem zbliżam się do schroniska położonego pod szczytem. Wspinaczka skłania do refleksji. Przy pionowych ścianach Marmolady, szczytu osnutego ciszą i chłodnym powietrzem, czuję się bardzo ubogi. Mam przy sobie tylko tyle, ile zdołam swobodnie unieść w niewielkim plecaku: niewielki termos z kawą, kilka czekolad, aparat fotograficzny i Biblię. Im wyżej się wspinam, tym silniej ogarnia mnie uczucie lekkości. Wszystkie rzeczy, które posiadam, zostały na dole. Przypomina mi się fragment Ćwiczeń duchownych Ignacego Loyoli: „Wierzę, że zostałem stworzony, aby dzielić moje życie i moją miłość z Bogiem i innymi ludźmi, na zawsze. Wierzę, że Bóg stworzył inne rzeczy, aby pomóc mi osiągnąć ten cel. I dlatego wierzę, że powinienem używać rzeczy stworzonych przez Boga o tyle, o ile przybliżają mnie do celu; i unikać ich, jeśli oddalają mnie od celu. Nie powinienem przedkładać jednych rzeczy ponad inne. Nie powinienem automatycznie sądzić, że zdrowie jest lepsze niż choroba, bogactwo niż ubóstwo, szacunek niż zła fama i długie życie niż krótkie. Wierzę, że jedyna właściwa norma do oceny wszystkiego jest taka: W jaki sposób dana rzecz pomaga mi osiągnąć cel, dla którego zostałem stworzony”.

… Zmęczony docieram do schroniska. Wahadłowe drzwi wewnętrzne stają się bramą prowadzącą do świata mistrzów snycerki. Pośród drewnianych figur szczytem marzeń staje się kubek gorącej herbaty i czekolada. Tak zaopatrzony rozpoczynam wyprawę w świat drewnianych rzeźb.

Początki snycerki w Dolomitach sięgają 1625 roku, kiedy to wyrobem rzeźb o charakterze religijnym zajęły się dwie rodziny, Trebinger i Vinazer. Motywacja była banalna: chodziło o zajęcie się czymś podczas długich zim w odciętej oświata wiosce Ortisei. Dziś rzeźby z Val Gardena znane są na całym świecie. Ich twórcy mają jedną radę, jak stać się artystą: „Nauczyć się dotykać oczyma i patrzeć rękoma”. Można tu znaleźć dosłownie wszystko. Oczywiście najwięcej jest rzeźb o charakterze religijnym, figury ołtarzowe, postacie do szopek bożonarodzeniowych, przydrożne statuetki i krucyfiksy. Nie brakuje też jednak współczesnych rzeźb sławnych postaci lub drewnianych zabawek. Sztuka snycerska w Val Gardena charakteryzuje się starannym dopracowaniem szczegółu i wyrazistością kształtów. Słynne zdanie Buonarrotiego o kamieniu, można w tym wypadku zastosować do drewna. Zapytany kiedyś o swą rzeźbę, odpowiedział: „Ja po prostu odłupuję kamień, by ukazać zaklętą w nim postać”.

Migawka czwarta: rzymski Caravaggio

Rzym o szóstej rano pachnie kawą. Zapach ten unosi się w przesyconym słońcem mieście nawet o tak wczesnej porze, a towarzyszą mu uderzenia otwieranych okiennic, szemranie podnoszonych rolet i mechaniczny dźwięk metalowych kotar odsłaniających witryny. Z minuty na minutę odgłosy miasta nasilają się. Mówi się tu, że „o ósmej trzydzieści traffico jest największy, bo przecież wszyscy spieszą się na ósmą do pracy”. Zmierzając na Piazza Navona wstępuję na chwilę do San Luigi dei Francesi, by raz jeszcze zatrzymać się na chwilę przed grupą malowideł Caravaggia. W bocznej kaplicy lewej nawy zawieszono cykl Mateusza, trzy sceny z życia ewangelisty. Najbardziej znane z tych dzieł to Św. Mateusz i anioł.

Legenda i tajemnica owiewają życie twórcy tego obrazu: legenda, bo krążą o nim skrajne opinie; tajemnica, bo opinie te gubią się w gąszczu przypuszczeń. Rozsupłanie węzła gordyjskiego, w którym uwikłany został przekazywany przez wieki życiorys malarza, wydaje się zajęciem skrajnie trudnym, jeśli nie niemożliwym. Caravaggio był mistrzem i diabłem, świętym i bezbożnikiem, uchodził za murarza i syna szlacheckiego rodu, zakonnika i zabójcę. Do niedawna sądzono, że przyszedł na świat w 1573 roku w miejscowości Caravaggio, ostatnie pełne pasji poszukiwania wydobyły na światło dzienne datę  o dwa lata wcześniejszą i wskazującą na Mediolan. Uważano, że jego ojciec był rzemieślnikiem, okazuje się jednak, że prawdopodobnie pełnił funkcję maior domusa, ochmistrza domu markiza. Na Malcie, gdzie schronił się po zabójstwie kolegi, z którym grywał w piłkę, wstąpił do zakonu Kawalerów Maltańskich; po odkryciu prawdy o zabójstwie został z niego usunięty. Wcześniej jednak wsławił się w walkach z Turkami atakującymi tę niewielką wysepkę. Opuściwszy Maltę, szczęścia szukał w Neapolu. Schwytany w stolicy pizzy, został osadzony we więzieniu; stamtąd drogą morską miał zostać przewieziony do Porto Ercole. Zmarł w roku 1610, podczas podróży, na barce, spieczonej południowym słońcem i smaganej morską bryzą. Wiadomość o papieskim ułaskawieniu po popełnionym przestępstwie dotarła do Neapolu już po śmierci artysty.

Światła i cienie, w które obleczone było życie Caravaggia, znalazły swój odblask również w jego sztuce. Postacie jego obrazów jakby wyłaniają się z mroku. Niczym światłem reflektora osnute twarze przemawiają wyrazem spojrzenia i dynamiką gestów. Ostre nieraz światło silnie zarysowaną granicą próbuje zmagać się z ciemnością, wdzierając się w głęboki mrok tła. Powstałe w latach 1599-1600 płótno przedstawia pierwszego ewangelistę – celnika, oddanego twórczej pracy pisarskiej, której treść adresowana była do chrześcijan rodem z judaizmu. Nad głową dostojnego siwowłosego mężczyzny (którego pierwszy wizerunek odrzucono jako zbyt wulgarny!) unosi się wdzięczny anioł, który wydaje się szeptać do ucha natchnionego autora pierwszej księgi Nowego Przymierza boskie słowa. Parola per parola – mówią Włosi; „słowo po słowie” – tak zdaniem mistrza światła i cienia miało wyglądać wyłanianie się spod pióra Apostoła stronic teksu natchnionego. Natchnienie (łac. inspiratio) w rozumieniu Caravaggia, który zresztą był spadkobiercą przekonań patrystycznych usystematyzowanych poglądami Tomasza z Akwinu, było tożsame z dyktandem (łac. dictatio). Duch Święty, ukryty za skrzydłami anioła, miał dyktować wyraz po wyrazie tekst ewangelii nawróconemu celnikowi. Tak wówczas pojmowano natchnienie.

Pierwsza próbka Świętego Mateusza piszącego Ewangelię, jak już wspomniano, została odrzucona, jako zbyt grubiańska. Na główny plan malowidła wysuwały się gołe nogi ewangelisty, co stało w jawnej sprzeczności z postawioną przez sobór zasadą, by „unikać świeckości i nieprzyzwoitości” (nihil profanum nihilque inhonestum). Poza tym artysta zbytnio przejął się zleceniem, na którym napisano, że anioł ma stać „obok” Mateusza: anioł łasił się do ewangelisty niczym kot, prowadząc delikatnie jego niezgrabną rękę. Powiedziano później o artyście, że jest „prostakiem, który spoufala się z aniołem”.

W czasach, gdy powstawał cykl Mateusza, Merisi nie tylko medytował święte stronice Ewangelii. Zajmował się także rzeczami zgoła odmiennymi. Latem 1599 roku zaatakował bronią swego przyjaciela Honoriusza Longhi; w listopadzie następnego roku zranił mieczem i potraktował kijem niejakiego Girolamo Stampę. W tym samym mniej więcej czasie ranił sztyletem byłego sierżanta Zamku Anioła, Flavio Canonico. Święty i diabeł: obaj czuli się w Caravaggio jak w domu.

Migawka piąta: piekło Signorellego

Z autostrady zjechać trzeba dość nieoczekiwanie, a później piąć się wąskimi drogami ku górze. Niemal dokładnie w połowie drogi pomiędzy Rzymem a Florencją leży niewielkie, ślicznie położone na wzgórzach włoskie Orvieto, w którym średniowieczne kształty budowli zastygły bez ruchu przez wieki. Miasteczko znane jest nie tylko z wyśmienitego wina i doskwierających latem upałów, z którymi zmaga się chłodniejszy górski wiatr. To właśnie stąd bierze się zwyczaj wyruszania z procesją eucharystyczną w dniu Bożego Ciała. Gotycką katedrę papież Leon XIII ogłosił „złotą lilią włoskich katedr” dodając, że w dniu sądu ostatecznego uniesie się ona do nieba na skrzydłach swojego piękna. Z katedrą związany jest tzw. cud bolseński (1263 r.).

Tradycja głosi, że pewien czeski ksiądz podróżował z pielgrzymką do Rzymu, mając nadzieję, że w Wiecznym Mieście uda mu się wyzbyć wątpliwości co do możliwości przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Pańską podczas Eucharystii. Zatrzymując się w swej podróży w pobliżu miejscowości Lago di Bolsena, odprawiał Mszę św. Właśnie wtedy z Hostii zaczęła kapać Krew na leżący na ołtarzu lniany korporał. Materiał przesłano do Urbana IV, który w tym właśnie czasie przebywał w Orvieto. Papież natychmiast ogłosił cud, do którego dokument, zwany bullą, przygotował pewien dominikański mnich, niejaki Tomasz z Akwinu. Celem uczczenia niezwykłej Bożej interwencji, postanowiono wybudować tę jedną z najpiękniejszych gotyckich katedr. Fresk Strącenie do piekieł, autorstwa Luki Signorellego, zdaniem wielu znawców przewyższa kunsztem i pięknem nawet dzieło Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Z polecenia papieża wprowadzono także zwyczaj dorocznych procesji z Najświętszym Sakramentem, który z biegiem czasu rozprzestrzenił się na cały katolicki świat.

Jak wygląda sąd ostateczny w myśli Signorellego? Jak wyobrażał sobie strącenie do piekieł? Jego diabły są uczłowieczone. W piekle nie ma ognia. Jasno świeci tam słońce. Potępieni zachowują ludzką godność. Brak też typowych dla tamtejszych przedstawień machin do tortur. Wyrazistości scenie nadaje dużo śmielsze niż dotychczas wykorzystanie nagości. Lament, płacz, krzyk zdają się brzmieć wyraźnie w uszach widza. Natłok postaci i ich powykręcanych ciał sprawia wrażenie zbiorowej masakry. Typowo dantejski jest ból, który wyziera z każdego posunięcia pędzlem zamienionego w napięte ludzkie mięśnie. Błoniastoskrzydłe postacie diabłów ulegają w bitwie jasno rozpościerającym swe pióra aniołom. Signorelli współczuje strąconym do piekieł. Niemal użala się nad nimi. Renesansowa wiara w człowieka również i tu znalazła swój wyraz.

 

 

Share:
ks. Mariusz Rosik