PodróżeVideo

DOLINA ŻYCIA – DOLINA ŚMIERCI. COCORA

Rozdajemy wszystko, co mamy. Miłość i gniew, gorączkę i chłód, jawę i sen. Wszystko, żeby – kiedy przyjdzie konać (w co nie wierzę) – jak najmniej było tego żalu. Żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie pozostawić w spadku. Niech odziedziczy po nas popiół wygasły i niech go sobie rozdmucha, jeśli chce, na siedem stron.

Edward Stachura

Salento zachwyca. Po prostu. Z jednej strony typowe kolonialne miasteczko, z drugiej – zaczarowana kraina spetryfikowana scenariuszami filmów i kamerami reżyserów westernów. W pewnym sensie to także kawowa stolica Kolumbii. Życie toczy się tu spokojnie. Przy głównym placu – jak wszędzie – znajdziesz przytulny, a jednocześnie w wyrafinowany sposób oficjalny kościół, niewielki posterunek policji, skromną pocztę, czerwoną jak na całym świecie straż pożarną, hostel z kanapami, na których popękała skóra, drobne sklepy lokalnych rzemieślników i kilka klimatycznych kawiarni czy restauracji z wielkimi oknami, które  w ubiegłym miesiącu powinny zostać umyte, ale z jakiegoś powodu właściciele zwlekają do dziś…

Życie na ulicach Salento toczy się leniwie

Domy malowane są na wszystkie kolory świata, odrzwia i futryny okien bogato ozdobiono pomysłowymi ornamentami. Niektóre z nich to rzeźby, inne to doklejane figury postaci z bajek lub florystyczne wzory.

Życie w dolinie Cocora toczy się spokojnie, wręcz leniwie. Od czasu do czasu przejedzie kolorowa dorożka lub policjant na koniu. Samochodów jest stosunkowo niewiele, ludzie – jedni ubrani bardzo elegancko, inni całkiem zwyczajnie, wielu na sportowo – zaglądają do barów i kawiarni. Sprzedawcy oferują swoje towary, które chętnie wystawiają także na ulice. O tej porze roku wszystko tonie w kwiatach. Absolutnie wszystko. Zwłaszcza balkony i parapety.

Przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od rynku mieści się słynna kawiarnia o nazwie Jesus Martin. W tym klimatycznym miejscu można przysiąść na chwilę, by przy dobrej muzyce i silnym aromacie czarnego trunku pozwolić się porwać klimatowi miejsca. Koniecznie też trzeba spróbować wyciskanych soków ze świeżych owoców!

Balkonowy świat

Główna arteria Salento nosi nazwę Calle Real. Wzdłuż tej królewskiej drogi zajść można do licznych kawiarenek, restauracji, sklepów z tandetnymi pamiątkami i prawdziwym rękodziełem. Wieczorem niektóre z lokali oferują muzykę na żywo. Przy końcu uliczki znajduje się punkt widokowy. Wystarczy pokonać kilkadziesiąt kroków, by wzbić się ponad miasto i zobaczyć je z lotu ptaka. Widok zachwyca zwłaszcza wieczorem, przy czerwonym zachodzie słońca.

***

No właśnie. Jesteśmy w Zona Cafetera. To właśnie ziarna kawy stanowią motor napędzający miasteczkowy ruch. Kawa przyciąga turystów z całego świata. Pochodzi z pobliskiej doliny, zwanej właśnie Cocora Valley, słynącej także z najwyższych palm na świecie. Ale o niej za chwilę. Na rynku i w okolicach wciąż rozbrzmiewa muzyka. Typowo latynoamerykańska. Młodzi ludzie, pełni energii i entuzjazmu – nie europejscy neptycy, których trzeba odciągać od laptopa wszelkimi możliwymi sposobami – dołączają się do śpiewu, a w chwilę później wchodzą do … kościoła, by w krótkiej modlitwie powierzyć Bogu swoją przyszłość. To stary zwyczaj, którego nauczyli się od rodziców i wciąż go pielęgnują.

Ziarna kawy w różnych stadiach rozwoju

Pociągnięci aromatem kawy wsiadamy do słynnego Willis Jeep – niewielkiego samochodu, który stanowi o specyfice tego regionu, a to z tego względu, że po zakończeniu II Wojny światowej Stany Zjednoczone bardzo tanio odsprzedały nadwyżki samochodów Kolumbijczykom. Jaskrawoczerwony amerykański jeep dowozi nas do punktu, w którym rozpoczyna się trasa trekkingu. Dolina Cocora, zwłaszcza położony w niej park narodowy Los Nevados, położona jest na wysokości 1600 metrów n.p.m. i pnie się kilkaset metrów w górę. Słynie z najwyższych na świecie palm, które osiągają wysokość ponad siedemdziesięciu metrów. Nazywa się je palmami woskowymi. Wyglądają jak strzałki wrzucane w ziemię przez jakiegoś wielkoluda.

Góry w sierpniu pokryte są soczystą zielenią, która na horyzoncie wyraźnie odcina się od błękitu nieba. W niebo strzelają jedynie wierzchołki wspomnianych drzew, pod którymi swobodnie przechadzają się konie. Widok absolutnie zachwycający i kojący. Przy nim nieco zabawnie brzmi napis umieszczony na tablicy przy wjeździe do parku, zakazujący używania dronów, gdyż mogą okazać się niebezpieczne dla nisko przelatujących kondorów!

Palmy w Dolinie Cocory osiągają największą wysokość na świecie

W Dolinie Cocory natknąć się można nie tylko na kondory, ale i kolibry. Do parku kolibrów nie udało nam się dotrzeć, gdyż tego samego dnia musieliśmy wrócić samolotem do Bogoty, jednak wieści internetowe niosą, że jeden z ośmiu gatunków tych najmniejszych ptaków potrafi uderzać skrzydłami osiemdziesiąt razy na sekundę. Czy to możliwe? Kolibry ponoć także nie potrafią chodzić ani poskakiwać, za to świetnie radzą sobie z lotem do tyłu.

***

Andy to drugi co do wielkości region Kolumbii. Pasmo górskie o tej samej nazwie ciągnie się od zapuszczonej w dżungli Patagonii aż po zieloną Wenezuelę. Ten region o pochodzeniu wulkanicznym jest na kontynencie południowoamerykańskim najbardziej zróżnicowany pod względem ukształtowania terenu. Wysokością w wielu miejscach przewyższa pięć tysięcy metrów.

Kawowy raj

Uroku dodają mu liczne doliny, przewężenia, kaniony i płaskowyże poprzecinane rzekami, skałami, wodospadami, pustyniami i jeziorami. Istny raj dla geologów i geografów! Tak się składa, że to tutaj, w górach, usytuowały się nielegalne plantacje koki.

Kolumbia jest największym światowym producentem kokainy i marihuany, i – paradoksalnie – olbrzymia część dochodów państwa płynie z nielegalnego handlu tymi towarami. Trzecim towarem jest opium.

Palmy w Dolinie Cocora są ponoć najwyższe na świecie

Pablo Escobara nikomu przedstawiać nie trzeba. To on był założycielem największego kartelu narkotykowego z siedzibą w Medellin. W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia stworzył prawdziwe imperium. W pewnym momencie swej działalności został jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Założył swą partię polityczną i został wybrany na członka Kongresu. Pomimo to ogłoszono go jednym z największych kryminalistów w historii. U szczytu sławy kontrolował osiemdziesiąt procent światowego rynku handlu kokainą, kpiąc z rządów Kolumbii i Stanów Zjednoczonych.

W latach świetności kartel przemycał tonę kokainy tygodniowo do Miami. Cotygodniowa dostawa warta była trzydzieści pięć milionów dolarów. Stało się to możliwe dzięki przekupieniu wielu urzędników państwowych, w tym policjantów i pilotów. Łapówki przyjmowali chętnie politycy i przedstawiciele wojska. Pieniądze zdobyte dzięki kontrabandzie wykorzystano na zakup floty samochodów, łodzi i samolotów, dzięki czemu nielegalny transport zwiększał się z miesiąca na miesiąc. Bossowie inwestowali w ekskluzywne hotele, restauracje, bary, dyskoteki i ogromne nieruchomości. Korupcja sięgała zenitu, a państwo okazywało się niewydolne. Pewnym przełomem był rok 1988. Wtedy to rozpoczęła się otwarta walka pomiędzy kartelami z Medellin i Cali.

Escobar zaproponował baronom kartelu z Cali współpracę i połączenie się, propozycja jednak została odrzucona. Sytuacja znacznie się więc skomplikowała, bo kartele walczyły nie tylko z rządem, ale i między sobą. Escobar zyskał dużą aprobatę społeczeństwa ze względu na swą działalność filantropijną. Stawiał przychodnie lekarskie w ubogich dzielnicach i małych miejscowościach, budował boiska piłkarskie, oświetlał duże obszary w miejskich dzielnicach, sadził drzewa wzdłuż promenad i wreszcie zapoczątkował projekt „Medellin bez slumsów”. Wielu Kolumbijczyków do dziś widzi w nim wybawiciela i obrońcę najuboższych. W tym przedstawiciele hierarchii kościelnej.

Worek kawy gotowy do wysylki

Wyobraźmy sobie jednak choćby taką scenę. W mieście Escobara mieszka młode małżeństwo z rocznym dzieckiem. Są bardzo ubodzy. Baron narkotykowy przychodzi do ich domu w towarzystwie dwóch przyjaciół. Przynoszą trochę ubrań z najlepszych sklepów i zostawiają gotówkę. Przy następnej wizycie obiecują, że znacznie zwiększą pomoc, jeśli młody mężczyzna zechce polecieć samolotem, w którym znajdzie się także prezydent Kolumbii. Ojciec niemowlaka miał po prostu włączyć magnetofon i nagrać rozmowy prezydenta w samolocie. Oczywiście zgadza się na to. Prezydent ostrzeżony przez służby wywiadowcze nie wsiada do samolotu, o czym nie wie zaufany Escobara. Gdy włącza rzekomy magnetofon, wybucha bomba. Ginie ponad sto osób. Młoda małżonka traci męża, a jednoroczne dziecko – ojca. Escobar nigdy się już z nimi nie kontaktuje.

***

Rozmyślając o tym wszystkim, przycupnięty na jakichś schodach w centrum El Salento, z puszką coca-coli w ręku, przypominam sobie dwie książki, które wstrząsnęły mną, gdy byłem nastolatkiem. To Pamiętnik narkomanki My, dzieci z dworca Zoo. Pierwszą książkę, autorstwa Barbary Rosiek, narkomanki, której udało się pokonać nałóg, czytałem z wypiekami na twarzy na co nudniejszych lekcjach w trzeciej klasie liceum. Książkę trzymałem na kolanach, pod ławką. Miała czarną okładkę i przed oczyma wyobraźni rysowała świat w czarnych barwach. W pamięci utkwiło mi wyznanie: „Tak już ma być zawsze: poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch, kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, niekończące się noce udręk. Już płakać nie potrafię, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie podziało się moje uczucie miłości? Boże, co ja z sobą zrobiłam?”. Trochę inaczej było z Dziećmi z dworca Zoo. Niemieckie podwórka zawsze wydawały mi się szare, nieprzyjazne i bardzo obce. Berlin Zachodni kojarzył mi się ze światem przestępczym. I tak właśnie było w przypadku Christiane, głównej bohaterki. Aby zdobyć kolejną dawkę musiała uciekać się do prostytucji i kradzieży.

Kolorowy świat

A potem trafiła mi w ręce książka – świadectwo. Nosiła tytuł Krzyż i sztylet. To ona zrobiła na mnie największe wrażenie. Pastor David Wilkerson urodził się w stanie Indiana w 1931 roku. Również jego dziadek i ojciec byli pastorami, a o domu swego dzieciństwa mawiał, że był „pełen Biblii”. Po ukończeniu Central Bible College w Springfield został ordynowany na duchownego. Po kilku latach zwyczajnej pracy pastora postanowił rozpocząć służbę na ulicach Nowego Jorku, wśród młodzieżowych gangów. Były to lata siedemdziesiąte. Dla nastolatków codziennością stała się marihuana, heroina, kradziony alkohol, rozboje, napady na przechodniów, rabunek kas sklepowych, rozbijanie witryn i samochodów… Nowojorska policja w latach sześćdziesiątych z trudem dawała sobie z nimi radę. Wilkerson jednak nieprzerwanie mówił im o Jezusie. Mówił o Jego bezgranicznej i absolutnie bezinteresownej miłości. Mówił, że Jezus oddał życie za każdego z nich.

Członkowie gangów patrzyli na pastora niczym na przybysza z obcej planety. „Masz na myśli taką miłość?” – powiedziała jedna z dziewczyn, rozpinając bluzkę i ukazując nagie piersi. Pewien pełen nienawiści chłopak wyjął nóż i przystawił go do gardła pastorowi. „Choćbyś pociął mnie na kawałki i rozrzucił po ulicy, każdy z tych kawałków będzie cię kochał” – odpowiedział nie bez lęku uliczny kaznodzieja. Wciąż modlił się, myśląc o metropolii: „Panie, jeśli mam w tym mieście do wykonania jakąś pracę, pokaż mi, na czym ma ona polegać”. Podczas jednej z kolejnych wizyt pośród gangów pewna prostytutka powiedziała mu: „Jeśli chcesz poznać Nowy Jork od najgorszej strony, po prostu przejedź przez Brukliński Most”.

Wilkerson nie był pewien, czy chce poznać miasto od najgorszej strony. Gdy jednak znalazł się pośród ziejących nienawiścią, przestraszonych i totalnie zagubionych Portorykańczyków, czarnoskórych i białych bezdomnych nastolatków wciąż zabijających się nawzajem, klamka zapadła. David Wilkerson postanowił przenieść się na stałe do Wielkiego Jabłka. To tam założył organizację Teen Challenge, która miałaby pomagać młodzieży, uzależnionej od narkotyków i innych toksycznych środków, wyjść na wolność. Dziś jej domy funkcjonują w ponad stu dziesięciu krajach.

Zwykłe Salento. Po prostu

Pablo Escobar zupełnie świadomie fundował młodym ludziom koszmar, a często śmierć, z którą oko w oko stanęli autorzy i bohaterowie wspomnianych wyżej książek.

***

Pomimo oficjalnego potępienia handlu substancjami odurzającymi, narkokultura w Kolumbii kwitnie. Wyraża się choćby w działalności sklepów oferujących koszulki z podobizną Escobara (jak Che Guevara na Kubie), breloczki z jego fotografią, czapki z inicjałami nazw karteli czy bluzy z cytatami promującymi używanie narkotyków. Robert Escobar, brat Pabla, założył muzeum, w którym można poznać cały życiorys barona biznesu narkotykowego. Dużym zainteresowaniem wśród eksponatów cieszy się list gończy z podobizną Pabla. Tak oto gangster staje się bohaterem. A chętni turyści mogą wykupić wycieczkę „Śladami Pablo Escobara”. Nie skorzystaliśmy z usług narco tours.

***

W innej części doliny przysiadła farma kawy, produktu, którego eksport przynosi jedną trzecią dochodu kraju. W Zona Cafetera pewna pochodząca z Barcelony Hiszpanka postanowiła rozwinąć swój projekt. Tak przynajmniej określa swoją działalność. Ma na imię Carla. Wykupiła stosunkowo duży górzysty teren, na którym hoduje między innymi drzewa kawowe. Farma nazywa się Finca Momota. Kiedy wraz z mężem kupiła farmę, była ona zarośnięta przez agresywne dla innych roślin chwasty. W nienajlepszej kondycji był także niewielki dom, stojący kilkanaście metrów za zagrodą. Małżonkowie natychmiast zaczęli pozbywanie się chwastów, aby doprowadzić do rewitalizacji terenu. Należało także zasadzić nowe drzewa na plantacji. Zasadzono ponad trzydzieści wysokich palm. Obecnie właściciele produkują kawę z siedmioletnich drzew, które są potomkami kawowców osiemdziesięcioletnich.

Aby drzewo kawy rozwijało się prawidłowo, winno być otoczone przez inne gatunki

Wyspecjalizowali się w produkcji trzech gatunków: klasyczna Arabica, Castilla Variety i Colombian Variety. W celu ich wytworzenia sięgają po stare techniki tubylczych ludów, oparte na lokalnej wiedzy, wykorzystujące warunki klimatyczne i zalety ekosystemu, aby zapewnić jak największy urodzaj. Znakomicie też operują cieniem rzucanym przez krzewy i drzewa na kawowce. Cień ma ponoć ogromny wpływ na jakość zbiorów.

Carla oprowadza nas ponad godzinę po swoim królestwie, cierpliwie opowiadając o każdej roślinie, jej użyteczności i zagrożeniach przy hodowli. Mówi o ptakach wydziobujących różne ziarna, palmach, które mają zapewnić cień konieczny do wzrostu innych roślin, bambusach, które są dostarczycielami wody dla reszty flory, czy o zwykłych robalach, których działalność odbiła swą pieczęć na wielu liściach. Właścicielka w swym opowiadaniu skupia się na kawowcach, a potem kontynuuje swą opowieść w domu, przygotowując napój.

W Hiszpanii Carla zrobiła znakomitą karierę. Opowiada nam o konferencjach w najlepszych hotelach na najwyższych piętrach. O tym, jak uwierały ją szpilki, które musiała nakładać przy różnych okazjach, i o garsonkach, których nie była w stanie pomieścić jej szafa. O lampkach znakomitego szampana, który zawsze towarzyszył spotkaniom i uśmiechach, których nieszczerze rozdawała tysiące przy takich okazjach. Wspomniała też coś o samotności, która czekała na nią w domu po takich spotkaniach. Gdy tylko nadarzyła się sposobność, Carla wyleciała pierwszym samolotem na Karaiby. Puerto Rico stało się jej domem na kolejne pięć lat. To właśnie stamtąd zdecydowała się przylecieć do Kolumbii. Carla sądzi, że Valle de Cocora nie będzie jej ostatnim przystankiem w życiu. Zdecydowanie potwierdza to odblask nostalgii w jej szeroko otwartych, czarnych oczach.

Oczach kobiet, które spotyka się w filmach Almodovara.

Share:
ks. Mariusz Rosik