Podróże

Droga na północ. Z Trondheim na Lofoty

Jest kwadrans po północy. Słońce nad  Trondheim łagodnie zniżyło się do widnokręgu. Spoglądam przez otwarte okno domu brygidek w stronę wzgórz. Jedne są tak poszarpane ja muzyka Brahmsa, która przez cały wieczór cicho sączy się z głośników, inne tak łagodne, jak łagodne jest światło tej nocy. Od morza do pokoju wdziera się wiatr Golfstromu. O tej porze roku, w lipcu, nie jest zbyt zimny. Czuję, jak powoli dopada mnie zmęczenie. Sześć i pół godziny jazdy pociągiem z Oslo daje się we znaki. Długie godziny przesuwania się ku północy wśród lasów, jezior i gór wynagradzane zostały hojnie przez fantastyczne widoki. Nie można od nich oderwać oczu, ani nie można o nich zapomnieć. W klasztorze są tylko dwie siostry, Meksykanka i Hinduska. Dom – bliźniak trudno zresztą nazwać klasztorem z prawdziwego zdarzenia. Dwa sąsiadujące ze sobą garaże zostały przebudowane na malutką kaplicę. Zakon sióstr brygidek został założony przez szwedzką świętą, od której wziął swoje imię w 1370 roku. Swoją pierwszą lokalizację znalazł w Vadstena w Szwecji, nad ciemnobłękitną taflą jeziora Vatteren. Z biegiem historii domy pojawiały się we wszystkich z wyjątkiem Islandii krajach nordyckich, a potem na kontynencie, w Meksyku i w Indiach.

Sama Brygida łatwego życia nie miała. Pochodząc z rodziny arystokratycznej, z powodów politycznych została wydana za mąż już w wieku 13 lat. Urodziła swemu mężowi 8 dzieci. Wraz z nim udała się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Przechodząc przez Francję, nie mogła wewnętrznie zgodzić się na „niewolę babilońską” papieża w Avignonie. Pielgrzymki zresztą wiele ja uczyły, dlatego chętnie się na nie udawała. Zachorowała w czasie jednej z nich – do Ziemi Świętej. Choroba ta w rok później przykuła ją do łoża śmierci.

Następnego ranka pierwsze kroki kieruję do katedry. Jest oczywiście protestancka. Katedra katolicka z zewnątrz bardziej przypomina halę przemysłową. Wrażenie to wzmaga przykrycie dachu eternitem. Biskup Georg wyjaśnia nam, że niemal graniczy z cudem, iż tak mała wspólnota katolików jest w stanie utrzymać budynek. Jednak kościół protestancki jest imponujący. Katedra w Nidaros (tak do XVI wieku nazywano Trondheim) ściągała przybyszów z całej Skandynawii. Bez wątpienia jest jednym z największych zabytków Norwegii. Poświęcono ją królowi Olafowi II. W kilka dni później uda mi się z Trondheim po dwóch godzinach jazdy samochodem dotrzeć do Stiklesland, gdzie 29 lipca 1030 roku zginął Olaf Haraldson. Krótko po śmierci został ogłoszony świętym. Centralna część kościoła mu poświęconego pełna jest symboliki chrześcijańskiej. Ludzie wyłaniający się z ciemności – symbolu grzechu, kierują się w stronę łodzi – Kościoła. Owocujące drzewo to nowe życie w Chrystusie.

Tymczasem jednak wciąż jestem we wnętrzu katedry. Schodzę do grobów królewskich. Od 184 roku katedra jest miejscem koronacji monarchów norweskich. Tu też gościł Jan Paweł II, przełamując uprzedzenia wielu, którym udawane zgorszenie zakazywało odwiedzania świątyń protestanckich. Jakby stosował wprost Pawłową zasadę: „Tego, który jest słaby w wierze, przygarniajcie życzliwie, bez spierania się o poglądy” (Rz 14,1).

Prom z Bodo do Stramsund na Lofotach jest olbrzymi. Ma pięć pięter, duże kajuty, kino, restauracje, baseny, tarasy, bary, kawiarnie i dyskoteki. Może pomieścić kilka tysięcy ludzi. Jak płynące miasto. Nic dziwnego, że jest ulubionym sposobem spędzania urlopu przez Amerykanów. Od czasu do czasu zatrzymuje się w porcie lub przy fiordach, turyści wychodzą, robią zdjęcia, zwiedzają i wracają na bezpieczny statek. Właśnie, czy bezpieczny?

Na Lofotach zatrzymuję się u cystersów. Jeden z nich opowiada historię, która wydarzyła się tu w ubiegłym roku. Pomimo sztormu, prom wypłynął. Fale dochodziły do kilkunastu metrów. Przy gwałtownym uderzeniu wiatru woda przez komin zalała silniki. Olbrzym zatrzymał się na środku oceanu. Wiatr i fala zaczęły go znosić. Natychmiast przyleciały helikoptery, by ewakuować pasażerów. Zabierały ich na bezpieczny ląd. Pozostała jedynie załoga, której w końcu udało się uruchomić silniki i z trudem dobić do portu. Chwile grozy były niezapomniane. Przypomina się tu opis Edgara Allana Poe z jego opowieści: „Prąd ten w mych oczach przybierał niesłychaną szybkość. W okamgnieniu zwiększał się jego pęd – nawałnicowy jego rozmach. W pięć minut cały przestwór morski zawrzał nieposkromioną wściekłością”. Cała historia oddaje ducha Norwegów. Są nieugięci. Walczą zawsze do końca. Są twardzi. Zahartowani. Zdeterminowani. Nauczyła ich tego surowa natura, o której okiełznanie walczą od wieków. A jest to walka o życie.

Ojciec Dariusz ma ponad 40 lat, a wygląda na kleryka. Od roku cystersi mają tu dom i niewielkie gospodarstwo. Ich kościółek przypomina malutkie alpejskie kapliczki, stawiane zazwyczaj jako votum za ocalenie z zarazy. Kiedy trzech polskich cystersów przyjechało tu rok temu, okazało się, że są pierwszym zakonem na Lofotach od reformacji. Ludzie pytali ich, co ich tu przywiodło z Tybetu, bo przecież mnich musi być buddystą. Darek 13 lat spędził w Indiach, pracując wraz z siostrami Matki Teresy. Pewnego wieczora zadzwonił opat. „Czy nie chciałbyś przenieść się do Norwegii?” I tak to się zaczęło. Choć sam spędziłem kilka lat za granicą, zawsze zafascynowany odmiennością zwyczajów i mentalności, zawsze ciekawy historii i głodny rozmów z ludźmi, wciąż jednak czułem, że moje miejsce jest w Polsce. Może nie wszyscy czują tak samo. Może innym łatwiej zaakceptować stan „obcego”. Bo człowiek bez korzeni w danym miejscu, choćby był przyjmowany jak najbardziej życzliwie i perfekcyjnie opanował język, zawsze będzie stranger. Ojciec Dariusz odnajduje się tu dobrze. Po Indiach to całkiem nowe doświadczenie.

Ze Stramsund wyjeżdżamy na wyspę. Zieleń lasów miesza się z błękitem nieba i granatem morza. Wszystko przesycone jest żółtym światłem słońca. Lofoty są miniaturą Norwegii. Tu jest wszystko. Gdy pewnego dnia wybierzemy się na północno-zachodni cypel wysp, dotrzemy do magicznego miejsca, w którym ocean całuje się z niebem, a ich złożone usta łączą się w skały fiordu. Najbardziej wysunięta na północ miejscowość nosi imię ostatniej litery alfabetu norweskiego: A. Tak, nazwa składa się z jednej tylko litery. I to jest jak koniec świata. Dalej już tylko ocean i Arktyka.

 

 

 

Share:
ks. Mariusz Rosik