Podróże

GWIAZDY W ZASIĘGU RĘKI. JUKATAN

Żyj na tym świecie jak w domu Ojca:
ufaj ziarnu, ziemi, morzu,
lecz przede wszystkim zaufaj człowiekowi.
Nazim Hikmet

„Główne bóstwo ptasie, utożsamiane z Wuqub Kaquix, zostało opisane w księdze Popol Vuh, spisanej przez Majów Qiuché” – czytam i odkładam książkę. Autorzy przewodników po Jukatanie odznaczają się często fantastyczną zdolnością wyjaśniania pojęć niezrozumiałych przez bardziej niezrozumiałe! Nie wiesz, co to jest kultura Teotihuacan? To proste! To prawdopodobnie pochodna kultury Tolteków. Nic bardziej przejrzystego! Nie pamiętasz, czym jest kult pierzastego węża? Niemożliwe! Przecież jest tak bardzo zbliżony do kultu jaguara i ptaka pierzastego motyla! Wystarczy chwilę pomyśleć! A poza tym nic bardziej oczywistego, że odpowiednikiem Kukulkana, którego czcili Majowie, jest Quetzalcoatl, natomiast architektura świątyni wojownika w Chichén Itzá przejawia wpływy sztuki Tolteków. Gdyby ktoś z czytelników miał jeszcze jakąś wątpliwość, to wszystko wyjaśnia informacja, że ofiary z ludzkich serc składano na Chac Moolach, których absolutnie nie wolno pomylić z Chakiem, bo ten ostatni jest przecież bogiem deszczu. Po tak klarownych wyjaśnieniach książka ląduje w dolnej szufladzie mojego biurka. Na południowy półwysep Meksyku polecę bez przewodnika.

Nieśpieszne życie wśród pomarańczy

Jest parno. Wilgotność sięga zenitu. Za to już pierwsze chwile w Meridzie dowodzą, że moja decyzja co do przewodnika była słuszna! Na lotnisku czeka na mnie śliczna Meksykanka o hawajskiej urodzie (Karaiby przecież są tuż tuż) i amerykańskim imieniu Betty. To właśnie ona ma mi towarzyszyć w wyprawach po półwyspie jako przewodniczka. Ma kruczoczarne włosy opadające na ramiona, duże brązowe oczy i perlisty śmiech, którym maskuje potknięcia w angielskim. Z późniejszych rozmów okaże się, że jest architektem, a w ubiegłym roku udało jej się spełnić marzenie życia: spędziła miesiąc w Europie. Wsiadamy do jeepa, toyoty z napędem na cztery koła i klimatyzacją, i wyruszamy na północ miasta z niską zabudową. To właśnie tu, pośród drzewek pomarańczowych obwieszonych srebrnymi i złotymi łańcuchami i setkami bożonarodzeniowych ozdób, usytuowany jest niewielki hotel, który przez następne dni stanowić będzie bazę dla naszych wypraw. Jest styczeń. Białe patio otacza niewielki niebieski basen, a wokół na parterze i piętrze rozmieszczono przytulne pokoje. Zostawiam bagaże i już po chwili schodzę na kolację. Kilka tacos, czyli tortillias wypełnionych mięsnym nadzieniem i doprawionych ostrym chile, zaspokaja głód po kilkugodzinnej podróży z Mexico City. Przy stole poznaję Jorge, przyjaciela właściciela hotelu, który zaofiarował się, by pokazać mi to i owo na Jukatanie. Jak na Meksykanina jest wysoki i barczysty. Planujemy kolejne dni, gdy za oknem ciemność łagodnie spowija miasto. Atmosfera robi się coraz bardziej przyjazna, radosna, choć przecież widzimy się po raz pierwszy. Ale przyjaźń, gościnność i entuzjastyczna radość jest chyba wpisana w naturę mieszkańców półwyspu.

Życie na półwyspie toczy się niespiesznie. Ludzie nie biegną, rozkoszują się chwilą. Gdy biorą łyk kawy, długo trzymają ją w ustach, by dobrze poczuć jej smak. Gdy wychylają lampkę wina, najpierw przytykają ją do twarzy, by zatopić się w jego zapachu. Sklepikarze w swych kantorkach i straganiarze na ulicach zawsze pakują sprzedawane owoce, rozmawiając z klientem. Gdy znajomi, choćby tylko z widzenia, spotykają się na ulicy, nie sposób zatrzymać się na zwykłym buenos dias. Rozmowy trwają zwykle dłużej, są ciepłe, pełne serdeczności. Jukatańczycy dotykają się nawzajem. Całują na powitanie. Patrzą sobie w oczy. Wygląda na to, że nie martwią się przyszłością. Żyją chwilą obecną, korzystają z teraźniejszości, czerpią z niej radość i zadowolenie, a wystarczają im do tego proste rzeczy. „Dzień jutrzejszy sam o siebie troszczyć się będzie” – powtarzają za ewangelią. Mieszkańcy półwyspu uwielbiają fiesty. Gdy siadają do stołu, nie spożywają posiłków, lecz je celebrują. A celebracji zawsze towarzyszy gitara i śpiew. Tym razem gitarę musimy już odłożyć, bo jutro czeka nas długa wyprawa, najpierw do Cancun na Karaibach, a stamtąd do miasta Majów.

Z bożej kieszeni

Dwa dni później w Cancun budzi mnie śpiew ptaków i szum morskich fal. Przez otwarte na oścież okna, przez które wpada rześkie powietrze i pierwsze smugi światła, zaglądają do mego pokoju czerwone jak rubin głowy kwiatów. Nie znam ich imienia, ale ich widok z pohukiwaniem egzotycznych i równie kolorowych ptaków w tle stwarza baśniową atmosferę. Chciałbym, aby czas się zatrzymał, aby ta chwila, wypełniona zapachem porannej kawy, trwała i trwała. Włączam cichutko muzykę i otwieram przywieziony ze sobą tomik wierszy:

niebo się chyli do ziemi
światło gwiazd zapala latarnie
moich oczu
i nie ważne skąd Bóg
wziął ten dzień
z której kieszeni go wyjął
i czemu

Cieszę się, że Bóg wyjął dla mnie z kieszeni ten dzień. Po chwili zamykam książeczkę i zaczynam przygotowanie do dzisiejszej wyprawy. Nie można przedłużać w nieskończoność cudu poranka. A poza tym to przecież ode mnie głównie zależy, czy wstający dzień będzie równie magiczny jak poranek. Postanawiam, że będzie. Nie trzeba wiele, by to postanowienie zaczęło się realizować. Woda Morza Karaibskiego jest turkusowa, a niebo jasnobłękitne. Na plaży tylko kilku spacerowiczów.

Gdy po drugiej aromatycznej kawie wychodzę na taras, zauważam, że Betty i Jorge czekają już obok jeepa. Słońce o poranku jest tak silne, że wręcz razi samo przebywanie poza pomieszczeniami zamkniętymi. W takich chwilach zaczynam rozumieć budzące mój bunt wyznanie szefa polskiego biura podróży w Mexico City, który zwierzył mi się pewnego razu: „Po dwóch tygodniach przebywania w Polsce ogarnia mnie przygnębienie. To chyba ta pogoda… A może ludzie? Dlatego na stałe wybrałem Meksyk”. Dzisiejsza pogoda absolutnie nie powoduje przygnębienia! Sprawia, że człowiek wierzy, iż cały świat jest do zdobycia! Szybko zarzucam plecak, wrzucam do niego butelkę zlodowaciałej wody mineralnej i kieszonkową Biblię, i wybiegam na parking. Betty zdejmuje słoneczne okulary, wpłata je sobie we włosy i zaprasza do samochodu. Jest ósma rano, ale na zegarku Betty piętnasta. Dziewczyna wciąż oszołomiona jest Europą, dlatego nawet kilka miesięcy po powrocie wciąż nie przestawiła czasu. Zaczynamy rozmowę.

– Co udało ci się zobaczyć w Europie?
– Głównie Rzym, Lourdes, Fatimę i La Salette.
– Te miejsca raczej nie pozostawiają wątpliwości co do twojego światopoglądu, Betty – uśmiecham się.
Yo soy catolica – odpowiada spokojnie, – a w La Salette po raz pierwszy w życiu widziałam śnieg. Najpierw długo wjeżdżaliśmy wypożyczonym samochodem na szczyt, tam spędziliśmy nocleg, a gdy obudziłam się następnego dnia, wszystko było przykryte białym dywanem! Oszalałam z wrażenia. Wybiegłam do atrium całkiem bosa i brałam śnieg do ręki, a on najpierw sklejał się w kule, a później niknął, zamieniał się w wodę! Nigdy czegoś takiego nie widziałam. To Madonna z La Salette zrobiła dla mnie cud!

Niecodziennie i ujmująco wygląda ta pani architekt, absolwentka jednego z najlepszych uniwersytetów meksykańskich, kobieta, która nigdy nie rozstaje się z laptopem, gdy w jednej ręce trzyma telefon, a drugą obraca założony na palec różaniec. Przyglądam się jej z boku. Teraz prowadzi samochód. Jest skupiona. Religijność Meksykan jest bardzo żywiołowa, a ich wiara prosta i uczuciowa. Uwielbiają śpiewać. Na półce pod deską rozdzielczą zauważam kanony z Taizé, religijne pieśni hiszpańskie, płytę Nory Jones i kilka dysków smooth jazz.

Gdy toyota podskakuje w meksykańskim stylu, nastawiam w mojej mp-tójce Wiosnę z Czterech pór roku i zakładam na uszy słuchawki. Vivaldi, który w jukatańskiej brzmi dżungli nader surrealistycznie, towarzyszy teraz mojej lekturze. A jest nią właśnie niewielkie wydanie Biblii, które kupiłem niedawno w Guadalupe. Natrafiam na fragment Syracha: „jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie. Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia!”. Zatapiam się w tych słowach i dźwiękach Vivaldiego aż do momentu przybycia ma miejsce.

Chichén Itzá to jeden z najważniejszych ośrodków Majów aż do dziesiątego stulecia. Majowie zaznaczyli swą pokojową obecność głównie na Jukatanie. W środkowym Meksyku szukać należy śladów wojowniczych Azteków, a daleko na południe, zwłaszcza w Peru i Boliwii – kultury Inków. Na całym Chichén Itzá góruje El Castillo, piramida zwana Zamkiem. Składa się ona z dziewięciu kondygnacji. Z czterech stron obudowano wcześniejszą budowlę, która jest całkowicie ukryta pod obecną. Cała konstrukcja odzwierciedla kalendarz Majów i ich zainteresowanie czytaniem gwiazd. Poszczególnym dniom roku odpowiada liczba schodów, miesiącom – liczba tarasów. Łatwo tu też odszukać symbolikę pięćdziesięciodwuletniego cyklu rachuby czasu, odpowiadającego naszemu stuleciu. Majowie usytuowali tę budowlę z największą starannością. Schody opadają dokładnie we wszystkich czterech kierunkach świata, bez najmniejszego nawet przesunięcia. Architekci zachowali wszelkie proporcje, zarówno co do długości boków piramidy, jak i jej wysokości. Motywacja do tak wielkiej precyzji musiała być astronomiczna, czyli niebiańska. Wszystko to po to, by dwa razy w roku, podczas jesiennego i wiosennego zrównania dnia z nocą, wyrzeźbiony na szczycie schodów bóg –  wąż sprawiał wrażenie żywego. W tych dwóch momentach cienie rzeźby układają się w taki sposób, że podczas wędrówki słońca po niebie wydaje się, że bóstwo wypełza ze świątyni! Z ciekawostek warto wspomnieć jeszcze studnię ofiarną, do której w czasie suszy wrzucano dziewice, by przebłagać boga deszczu Chaca. Nie mylić z Chac Moolem! A nieco dalej – jak we wszystkich miastach Majów – jest tu kilka boisk do obrzędowej gry w piłkę, zwanej pelotą. W Meksyku grano zresztą w różny sposób. Pok ta’ pok to gra, w której czterokilogramową piłkę z kauczuku odbijano biodrami. Boga słońca czczono natomiast uderzając w płonącą piłkę kijami.

Późnym popołudniem wyruszamy w stronę Izamal, by odszukać miejsce, w którym moglibyśmy zatrzymać się na kolejną noc jukatańskiej wyprawy.

Przemoknąć do samego serca

Po śniadaniu, które stanowi dziś kubek gorącej kawy i rogalik z czekoladą, wybiegam przed hotel i zatrzymuję dorożkę. Betty i Jorge pozostają ma miejscu. Umawiam się co do ceny z dorożkarzem o długich wąsach i w kapeluszu, którego rondo ma średnicę pewnie półtora metra, i już po chwili wyruszam w podróż po okolicznych zaułkach. Nie przypadkiem magiczne Izamal nazywane jest miastem trzech kultur, indiańskiej, kolonialnej i współczesnej. Dziś najwięcej w nim śladów dziedzictwa kolonialnego. Białe i żółte, wcale nie pretensjonalne budynki, rozłożone równomiernie na eleganckich ulicach i przepastnych placach sprawiają, że miejsce to na Jukatanie stanowi rzeczywiście perełkę architektury kolonizatorów. Pierwszy przystanek stanowi klasztor franciszkański pod wezwaniem Antoniego z Padwy. Powstał w połowie szesnastego stulecia na gruzach jednej z piramid. Gdy wchodzę do olbrzymiego atrium, którego teren wyznaczają eleganckie łuki, uśmiechnięty zakonnik, nomen omen padre Pio, opowiada ciekawostki związane z tym miejscem. Okazuje się, że właśnie tu działał fray Diego de Landa, jeden z najbardziej kontrowersyjnych misjonarzy Mezoameryki. Fray Diego był początkowo zagorzałym wrogiem zastanych tu przez kolonizatorów kultur. Wzywał do niszczenia wszelkich pozostałości po Indianach i własnoręcznie wrzucał do ognia ich kroniki. Chciał zatrzeć wszelkie ślady pogańskiej bytności w Nowym Świecie. A potem zaszła przemiana. De Landa został biskupem i zagorzałym obrońcą śladów po Majach. Świadectwem diametralnego zwrotu w myśleniu jest jego książka zatytułowana Relacion de las cosas de Yucatan. Słuchając opowieści padre Pio przesuwam się pomiędzy szesnastowiecznymi freskami, zegarem słonecznym i obrazami olejnymi, z których jeden przedstawia Dunsa Szkota, wprost przed figurę Matki Bożej z Izamal, czczonej jako patronka Jukatanu. Legenda opowiada, że figura została przyniesiona na ramionach Indian z Gwatemali. Choć podczas wędrówki nieustannie szalały burze, rzeźba nie została tknięta ani jedną kroplą deszczu. „A szkoda!” – myślę, uśmiechając się do siebie, bo przypomina mi się dawne powiedzenie: „Kochać to jakbyś szedł w deszczu i nagle poczuł, że przemokłeś do samego serca”. Mieszkańcy półwyspu ukochali to miejsce i sami czują się kochani przez Matkę Chrystusa, czemu niekiedy dają wyraz nader żywiołowo.

W chwilę później proszę dorożkarza, by pojechał w kierunku piramidy. Po Majach pozostały tu ruiny dwunastu piramid i język, którego wciąż jeszcze używają mieszkańcy miasteczka. Piramida Kinich Kak Moo, której nazwę przełożyć można jako Ognista Ara Solarna, jest trzecią co do wielkości na terenie Meksyku. Udaje mi się ją zdobyć w kilka minut. Z jej wierzchołka widać dwie kolejne piramidy, a przede wszystkim cały kompleks klasztorny. Zewsząd rozciąga się płaskowyż.

Po zejściu udaje mi się przekonać właściciela mojego konnego pojazdu do niecodziennej wyprawy. Proszę, byśmy wybrali się w te części miasta, gdzie turyści nigdy nie zaglądają. To w swoich podróżach lubię najbardziej! Obserwować ludzi i ich życie, nie to, wystawione na pokaz twórców przewodników i fotografów, ale zwykłe, trudne, polegające na wydzieraniu naturze jej dóbr, by przetrwać i zapewnić przetrwanie swym bliskim. W miasteczku nie można się zgubić. Ulice są równoległe i prostopadłe i tworzą przejrzystą siatkę obszaru miasta. Patrząc na plan można odnieść wrażenie, że ogląda się obrus w kratkę! Meksykańczycy nie trudzili się nawet, by nadawać nazwy swoim ulicom. Idąc za urbanistami z Nowego Jorku, po prostu przypisali im kolejne numery. Obserwuję ludzi. Jak zwykle, ich życie toczy się niespiesznie. Mężczyźni reperują coś przy swoich zagonach, jedni bielą wapnem swoje domy, inni układają kamienie na drodze, jeszcze inni naprawiają dorożki. Kobiety na niewielkich straganach wystawiają owoce na sprzedaż. Ubrane są w kolorowe poncza. W otwartych przydrożnych barach toczy się życie towarzyskie. Rozmowy, tytoń, tequila. Gdy mijam kolejne domki o niskiej zabudowie, przychodzą mi na myśl słowa Koheleta: „Widziałem wszelkie sprawy, jakie się dzieją pod słońcem. A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem”.

Karłowaty czarnoksiężnik w domu starej kobiety

Kolejny dzień przebiega pod znakiem wyprawy do Uxmal. To urocze miejsce, położone na płaskiej jak stół wyżynie, porośniętej niskopienną dżunglą i zatopione w soczyście zielonych trawach. To miejsce tak tajemnicze, jak nazwy najważniejszych budowli okręgu sakralnego: Piramida Czarnoksiężnika, Czworokąt Mniszek, Wielka Piramida, Dom Starej Kobiety i Dom Żółwi. Urzeka swym pięknem, które przetrwało niemal całe tysiąclecie. Majowie z Uxmal budowali te zachwycające obiekty z kamienia, sami natomiast mieszkali w domach stawianych z drewna i trzciny. Nawet królowie mieszkali w swych drewnianych chatach wzniesionych na obrzeżach ośrodków ceremonialnych. Najwięcej domysłów budzi Piramida Czarnoksiężnika. Był ponoć karłem, który wzniósł budowlę zaledwie w ciągu jednej nocy. Jego matką była czarodziejka, zamieszkująca Dom Starej Kobiety. Trudno pogodzić to pokrewieństwo z legendą, według której karzeł wykluł się z jaja. Piramida odbiega znacznie od majowskich, a nawet egipskich standardów. Zamiast postawić ją – jak Pan Bóg przykazał – na planie prostokąta, karłowaty czarnoksiężnik zdecydował się na kształt owalny. Kolejne pokolenia już mniej karłowatych Majów dobudowywały następne warstwy piramidy. Jest ich pięć. Pomysłowi architekci indiańscy sięgnęli także po nowatorską ideę postawienia drugiej świątyni na szczycie piramidy, na tyłach pierwszej, a ostatecznie na jej dachu wystawiono jeszcze jedną.

Gdy dotykam starych kamieni wystawionych tu przez Majów, zastanawiam się nad życiem tych ludzi. Czy byli szczęśliwi? Czy odnajdywali sens w swej codziennej walce o przetrwanie? Jak bardzo związani byli ze sobą więzami przyjaźni? Czy doskwierała im samotność? A może poczucie wspólnoty z plemieniem było bardzo silne? Na takich rozmyślaniach i rozmowach umykają kolejne dnie i noce jukatańskiej przygody. Od czasu do czasu tylko zapuszczam się w niską dżunglę i chłonę zapachy i dźwięki wokół mnie. Czas płynie wtedy bardzo powoli, natomiast myśli toczą się niezwykle intensywnie. Można by spędzić tu tygodnie, może nawet miesiące. Zżyć się z naturą, zwolnić bieg, czytać, rozmawiać. Napełniać się innym światem – światem błękitu i zieleni, prostoty i szorstkich zmagań z codziennością, światem tańca, śpiewu ptaków i rześkiego powietrza o poranku. Bardzo chciałbym, aby pamięć o tych doznaniach na długo we mnie pozostała…

Myśl biegnie dalej. Niczym kadry w filmie przypominają mi się sceny, które wywarły na mnie duże wrażenie. Zdarzenia mało znaczące, które rzuciły swe jasne cienie na moje widzenie świata. Długie cienie małych zdarzeń. Pamiętam wspomnienia pewnego księdza, w którym na zawsze utkwiło spotkanie z Janem Pawłem II w Mexico City. Gdy młodzież wciąż skandowała przed oknem papieża, ten wyszedł do nich i zawołał: „Meksyk umie śpiewać!”. Okrzyk wywołał aplauz. „Meksyk umie się modlić!” – zawołał po chwili papież. To stwierdzenie wzbudziło jeszcze więcej entuzjazmu! Wreszcie Ojciec święty wyznał: „Ale przede wszystkim – Meksyk umie krzyczeć!”. Wrzawie, która wówczas nastała nie było końca. Ostatecznie następca Chrystusa zawołał: „Papież musi spać!” – i tym stwierdzeniem udało się zaprowadzić względny spokój. Podobną wrzawę do tej, która miała miejsce przed oknem papieskim, widziałem w Méridzie w jednym z barów podczas meczu Meksyk – Szwecja. Po zdobyciu bramki ta szopa o mało się nie rozpadła! Wszystko przypominało solidne trzęsienie ziemi. Znad drzwi spadł i roztrzaskał się szyld z ironicznym napisem o piwie marki „Słońce”: Tomar Sol te deja helado, „Picie Słońca cię ochłodzi”. Jak w filmie przemykają przez mój umysł także wspomnienia dużo łagodniejsze. Zupełnie nagle przypominają mi się uśmiechnięte twarze karmelitanek, zamkniętych w klauzurze. Gdy dowiedziały się, że wybieramy się nad Morze Karaibskie, prosiły tylko o jedno: by przywieźć im kilka muszli. Miałem wrażenie, że muszle to dla nich okno na świat. Pamiętam także czerwone jak ogień niebo nad Zatoką Meksykańską, gdy słońce chowało swą głowę w morskich głębinach. I jeszcze smutnego chłopca, który przysiadł na przydrożnym kamieniu, objął rękoma swe podkulone kolana i w milczeniu wpatrywał się w dal. Jakby życie wymogło na nim przedwczesną dojrzałość. Wspomnienia te jak slajdy przesuwają się w moich myślach, gdy tymczasem wypróbowany jeep zbliża się już do miasta.

Dwie świece i jeden płomień

Zapada wieczór. Mój ostatni wieczór na Jukatanie. Znów w Méridzie. Niebo z granatu przechodzi w czerń, a na jego tkaninie rozbłyskują pulsującym blaskiem świetlne punkty. Już po chwili gwiazdy są blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Wydaje się, że można je zrywać jak dojrzałe jabłka. Jakby niebiosa obniżyły swój pułap i zapragnęły być bliżej ziemi. Noc jest bardzo jasna. Wpatrując się w gwiazdy, myślę o tym, że Aztekowie byli znakomitymi badaczami nieba. W Teotihuacan wybudowano jeden z pałaców, którego patio było zalewane wodą. Nocą, gdy gwiazdy błyszczały na niebie, przeglądały się w kwadratowej tafli jak w lustrze. A azteccy uczeni dokonywali pomiarów i obliczeń. Umiejętność przewidywania zaćmienia słońca dawała im dużą władzę nad ludem.

Okrywam polarem ramiona i wraz z Jorge dorzucam drewna do ogniska. Po chwili również i ono rozbłyska jasnym światłem. Siedząc na przewróconym konarze, z lampką znakomitego chilijskiego Concha y toro daję się ponieść urokowi chwili. Jorge rozpoczyna swoją opowieść. Mówi o historii tego miejsca i o pierwszych śladach obecności Indian. O ich wierzeniach i zwyczajach. Mówi też o kolonizatorach i o krwawych wojnach, które przetoczyły się przez te tereny. Narosły wokół nich legendy i ciekawe historie, które starsi przekazują młodszym właśnie w takich chwilach, jak ta. Polana strzelają w ognisku, a atmosfera staje się coraz bardziej tajemnicza. Mój towarzysz uznaje, że nadszedł czas na jedną z bardziej lubianych przez mieszkańców Jukatanu historii. Jest to opowieść miłosna, która do złudzenia przypomina tę opowiadaną przez Nicholasa Sparks’a w jego książce Na zakręcie. Z tą różnicą, że u Sparks’a rzecz dzieje się podczas wojny konfederackiej w niewielkim mieście New Bern, na południu Stanów.

W spokojnej miejscowości Celestun, położonej nad zatoką, niedaleko Meridy, znacznej fortuny dorobił się ród Ortegów. Wzbogacili się na uprawie agawy i sprzedaży drewna. Ich rezydencja otoczona była rozległymi połaciami upraw i lśniącym w słońcu białym murem. O znaczeniu agawy dla mieszkańców półwyspu miałem okazję przekonać się naocznie. W przeciągu kilkunastu minut stary Indianin był w stanie przekazać mi najistotniejsze informacje o korzyściach, jakie niesie ze sobą uprawa tej niezwykłej rośliny. Na jej przezroczystych płatach odrywanych od łodygi można pisać jak na pergaminie. Są mocne niemal tak, jak skóra, i czyste jak rybie błony. Ostre i spiczaste zakończenia liści służą za igły, którymi szyć można najtwardsze materiały. Włókna wyciągane z łodyg służą nie tylko za trwałe nici, ale odpowiednio oprawione zmieniają się w materiał. Na takim agawowym płaszczu Juana Diego odbił się wizerunek Maryi z Guadalupe. Osocze wyciągane z rośliny służy za podstawę wielu naturalnych barwników, a ściągane do odpowiednich pojemników i pozostawione na trwającą przez dobę fermentację, zamienia się w napój o niewielkiej ilości alkoholu. Wszystkie pożytki płynące z uprawy agawy były doskonale znane plemionom Azteków. Na Jukatanie swą obecność zaznaczyli jednak Majowie, nie Aztekowie.

Powróćmy jednak do opowieści Jorge. Państwo Ortega mieli osiemnastoletnią córkę Elenę, wychowaną w surowych standardach arystokratycznych. Ponieważ jednak strzała Amora czasem błądzi, Elena zakochała się bez pamięci w Luisie, pochodzącym ze skromnej i ubogiej rodziny rzemieślników. Luis był dwa lata starszy. Pracował ciężko w tartaku, którego właścicielem był pan Ortega. Pewnego razu ojciec zauważył, że córka zaniosła skromny posiłek Luisowi w czasie przerwy w pracy. Zaczął baczniej ją obserwować. Okazało się, że córka w czasie wieczornych spacerów spotyka się z Luisem. Idą razem nad rzekę, rozmawiają, śmieją się. Tego było już za wiele. Surowy właściciel tartaku i plantacji kawy zabronił Elenie tych spotkań. Chłopaka zwolniono z pracy. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że dom rodziców Luisa stał po drugiej stronie drogi, przy której murem otoczono rezydencję Ortegów. Pokój Eleny znajdował się tuż przy murze. Luis założył własną małą pracownię stolarską i długo wyczekiwał na znak od Eleny. Znakiem była zapalona świeca. Gdy rodzice dziewczyny już spali, Elena zapalała świecę w swym oknie, a Luis wtedy wspinał się na stary dąb i pomagał jej zejść. Młodzi wykradali dla siebie kilka chwil nocy. Pewnego razu jednak jeden ze służących Ortegów wracał z miasta późną nocą i zobaczył spacerującą parę. Doniósł o tym swemu panu. Od tamtej pory spotkania stały się niemożliwe. Rozszarpywani tęsknotą młodzi nie wiedzieli, co zrobić. Elena niemal przestała jeść i spać, i wciąż płakała. Luis pracował w swym warsztacie po dwadzieścia godzin na dobę, aby dać ujście swemu gniewowi. I dopiero w niedzielę, gdy stał w krużganku kościoła, przyszedł mu do głowy pewien plan. Raz w tygodniu ksiądz chodził przecież do Ortegów na kolację. Luis poprosił go o przemycenie listu dla Eleny, na co dobroduszny – gdy poznał całą historię –  duchowny bez wahania się zgodził. Chłopiec poprosił w Elenę, by zawarli potajemnie małżeństwo. Jeśli się zgodzi, miała zapalić w oknie dwie świece. Już następnej nocy w rezydencji Ortegów zapłonęły dwa płomienie. W pustym kościele, w środku nocy, wypowiedziano słowa przysięgi. Następnego poranka dziewczyna oznajmiła rodzicom, że nie mogą zabraniać jej spotykania się z Luisem, bo właśnie został jej mężem. Tym razem gniew ojca dziewczyny przebrał wszelkie miary.

I tu rozpoczyna się najbardziej dramatyczna część historii, którą można by opowiadać z okazji Halloween. Ortega był znanym właścicielem ziemskim. Miał znajomości w wojsku i policji. Za jego przyczyną zaledwie po kilku dniach Luis otrzymał wezwanie do wojska. Toczyła się przecież wojna ze Stanami w 1848 roku i armia meksykańska potrzebowała nowych sił. Skoszarowano go najpierw w samej Meridzie, a po tygodniu oskarżono o szpiegostwo. Kara mogła być tylko jedna, śmierć przez powieszenie. Przed wykonaniem wyroku młody żołnierz poprosił tylko o jedno – by w noc po śmierci w oknie jego warsztatu zapalono świecę. Elena ze złamanym sercem poszła do rodziców Luisa i poprosiła o świecę. Zrozpaczeni rodzice, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, oddali woskową kolumnę. Następnego dnia o świcie, ten sam służący, który niegdyś spostrzegł młodych na nocnym spacerze, odnalazł dwie płonące świece w oknie Eleny. Ciało dziewczyny, która z rozpaczy i miłości targnęła się na życie, zawisło na dębie przed jej oknem.

Jorge dokłada kolejne polano do ogniska. Płomienie strzelają wysoko w niebo, a iskry rozpryskują się wokół jak rozsypywane gwiazdy. Po chwili ciszy mój towarzysz z tajemniczym uśmiechem kończy swą opowieść: Podobno do dziś, w tak jasne noce jak ta, niektórzy mogą dostrzec w białym oknie rezydencji Ortegów dwa płomienie. Niektórzy wręcz zaklinają się, że je widzą. Ale ponoć mogą je dostrzec tylko zakochani. I mogliby przysiąc, że płoną jednym ogniem.

 

Share:
ks. Mariusz Rosik