Podróże

Osada nad rzeką Lo

Norwegia, jak wskazuje nazwa, to „droga na północ”. A skoro na północ, to znaczy, że jest długa i że doprowadzi do najdalej zamieszkałych zakątków świata. Doprowadzi nas do Poszarpanych Wzgórz, czyli do Spitsbergenu. Zanim jednak tam dotrzemy, trzeba nam przedrzeć się przez fascynujące miasta i przytulne wioski, trzeba pokonać skaliste góry i poskręcane fiordy, trzeba zachwycić się jeziorami pośród łąk i strumieniami przecinającymi lasy. Trzeba karmić oczy zielenią roślinności, bielą śniegów, szmaragdem oceanu i błękitem nieba. Trzeba zmagać się z szorstką i nieubłagalną naturą i wniknąć w historię i zwyczaje mieszkańców tego urozmaiconego pod każdym względem kraju.

Ten kraj o powierzchni porównywalnej z Polską zamieszkuje prawie 10 razy mniej mieszkańców. Z powodzeniem można więc nazwać go krainą nietkniętej natury. Zimą białe połacie ciągnące się setkami kilometrów kontrastują z czerwonawymi łunami światła i zorzy polarnej na północy. Latem soczysta zieleń lasów wpada na horyzoncie w jasny błękit nieba.

W krainie wikingów

Podróż po Norwegii rozpoczynam od Oslo. Szukając historycznych korzeni miasta, nie sposób nie natknąć się na ślady wikingów. Nikogo nie powinien dziwić fakt, że jako pierwsi na Spitsbergen dotarli wikingowie. Dokumenty islandzkie z końca XII wieku wzmiankują o odkryciu Svalbardu, a w starej islandzkiej księdze podane są odległości do arktycznej wyspy.

Imię wikingów pochodzi od staronorweskiego słowa vik, oznaczającego zatokę, i od kinga, czyli króla. Byli więc prawdziwymi królami zatok. W IX wieku udało im się podbić olbrzymie połacie morskie z Hebrydami, Szetlandami, Orkadami, Szkocją i zachodnią Irlandią. To właśnie norwescy wikingowie w 836 roku założyli Dublin, a pod koniec IX wieku wylądowali na Wyspach Owczych i w Islandii. I właśnie w Islandii osadnicy norwescy wprowadzili w 930 roku parlament zwany Althing. Stamtąd też czternaście (z dwudziestu trzech, które odpięły kotwicę) statków po raz pierwszy dotarło na Grenlandię, gdzie utworzono dwie komuny.

Ibn Fedlan, członek delegacji dyplomatycznej Kalifatu Bagdadzkiego, która w latach 921-922 przebywała wśród  wikingów nad Wołgą, nie najlepiej wspomina zwyczaje higieniczne tego ludu:

Rusowie to najbrudniejszy lud ze wszystkich stworzeń boskich. Nie myją się po załatwieniu naturalnych potrzeb, nie myją też rąk po skończonym posiłku. Żyją zupełnie  jak dzikie osły. Przybywają z daleka i wyciągają swoje łodzie na brzegi potężnej rzeki  Atul (Wołga), gdzie  budują wielkie drewniane domy. W jednym takim domu mieszka dziesięciu lub dwudziestu z nich, a każdy ma osobne posłanie, na którym siedzi i zabawia się z pięknymi dziewczętami przywiezionymi tu na sprzedaż. Kocha się z nimi w obecności innych, co czasem przeradza się we wspólną orgię, a jeśli w tym czasie pojawi się klient, by kupić niewolnicę, musi poczekać, aż Rus skończy się nią zajmować. Każdego dnia myją twarze i dłonie, wszyscy używając tej samej wody, która  jest tak brudna, że trudno to sobie wyobrazić.

Znany był wśród  wikingów rytuał ofiarniczy. Arabski pisarz poświadcza, że po przybiciu do brzegu każdy mężczyzna zanosi do wielkiego drewnianego słupa z wyrzeźbioną ludzką twarzą różne artykuły spożywcze, a następnie modli się o bogatego kupca. Gdy po tej modlitwie interesy nie idą zbyt dobrze, powtarza cały rytuał, zwiększając ilość składanych darów. Po dokonanej sprzedaży również składa się ofiarę dziękczynną. Dary te stawia się przed posągami, a gdy następnego ranka znikają (zjedzone przez psy), Rus cieszy się: „Pan jest ze mnie zadowolony i zjadł moją ofiarę”.

W Muzeum Wikingów w Oslo znajdują się trzy statki grzebalne, ale skądinąd wiadomo, że wikingowie używali statków nie tylko w celach funeralnych. Czy Svalbard, odkryty przez wikingów, to rzeczywiście Spitsbergen – Postrzępione Wzgórza? Brak ostatecznych dowodów, ale prawdopodobieństwo jest duże. Przypuszczalnie więc należy uznać właśnie wikingów za odkrywców Postrzępionych Wzgórz.

W stolicy – osadzie nad rzeką Lo

Oslo to osada (os) nad rzeką Lo. Taka była pierwotna nazwa miasta założonego w 1048 roku. W XVII wieku zmieniło nazwę na Chrystiania, od duńskiego króla Chrystiana IV, który przyczynił się znacznie do rozbudowy miejsca. Do pierwotnej nazwy powróciło dopiero w 1925 roku. Wędrując pełnym sklepów i kawiarń deptakiem spacerowym Karl Johans Gate, mija się kolejno ewangelicki Domkirke z witrażami Vigelanda, zdumiewający prostotą gmach parlamentu, teatr narodowy, dwuwieżowy ratusz, w którym wręcza się pokojowego Nobla i dawny budynek uniwersytecki (ściany auli zdobią trzy freski Muncha, powstałe tuż po powrocie malarza z kliniki psychiatrycznej), by ostatecznie osiągnąć pałac królewski. Po tym błyskawicznym przeglądzie atrakcji centrum przedostaję się do dzielnicy muzeów.

Zupełnie niedaleko Muzeum Wikingów zbudowano inne – Muzeum Kon-Tiki, lichej tratwy, na której w 1947 roku Thor Heyerdhal przepłynął Pacyfik z Peru na Wyspy Polinezji. Żeglarz chciał dowieść swej tezy, że osadnicy polinezyjscy wypłynęli z Peru jeszcze przed pojawieniem się tam Inków. Podziw tak silny jak to, że tratwa przetrwała budzi również fakt, że załoga wytrzymała ze sobą 101 dni, nie wyrzynając się na tak małej powierzchni.

W równie bliskiej odległości stoi Muzeum Fram, polarnego statku, na którym Amundsen dotarł w okolice bieguna południowego w 1911 roku. Był to człowiek o twardym charakterze. Jego zamiarem było najpierw zdobycie bieguna północnego. Gdy dopłynął już do wybrzeży Kanady, dowiedział się, że ubiegł go Robert Peary. Nie zrażony niepowodzeniem postanowił popłynąć w drugim kierunku. Determinacja sprawiła, że dotarł do drugiego bieguna.

Nasz spacer szlakiem muzeów i pamiątek kultury trwa dalej. Park Gustava Vigelanda jednych zachwyca, u innych budzi święty gniew. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że w swych rzeźbiarskich fantazjach Vigeland zatrzymywał się jedynie na nagości. W protestanckiej katedrze w Trondheim stoi całkiem przyzwoita chrzcielnica, która również wyszła spod jego dłuta. Artysta znany jest jednak przede wszystkim z setek nagich figur, które piętrzą się, splatają, wchodzą na siebie nawzajem w centralnym parku stolicy.

Wędrując dalej nie sposób pominąć Muzeum Mucha. Po przebyciu długiego załamania nerwowego, na które leczył się w Kopenhadze, artysta osiadł w Oslo. Długim i ciemnym cieniem na malarstwo Muncha rzuciła się śmierć matki i siostry. Pobyty w Paryżu i Berlinie zaowocowały wypracowaniem własnego stylu oraz chorobą alkoholową. Gdy nałożył się na to odwieczny pesymizm Edwarda, uznano, że najlepszym miejscem dla malarza będzie zakład psychiatryczny. A oto jak mówi o genezie Krzyku:

Szedłem drogą z dwoma przyjaciółmi. Słońce zachodziło. Nagle poczułem przypływ melancholii. Niebo stało się krwistoczerwone. Zatrzymałem się i śmiertelnie zmęczony oparłem o ogrodzenie, by popatrzeć na płonące chmury wiszące jak języki ognia nad błękitno-czarnym fiordem i miastem. Przyjaciele szli dalej, a ja stałem tam trzęsąc się z przerażenia. Wtedy właśnie poczułem głośny, nie kończący się krzyk przeszywający naturę.

Miasto związane jest z jeszcze jedną niezwykłą postacią świata sztuki. Tym razem chodzi o Henryka Ibsena, dramatopisarza, którego twórczość dokonała przemiany mentalności wielu późniejszych literatów. Jego zdanie „Ten tylko zwycięża, kto się wszystkiego wyrzeka. Strata w zysk się przemienia i ona jedna żyć będzie wiecznie”, przypomina mi Jezusowe wezwanie do wyrzeczenia. Mając 22 lata Ibsen przeniósł się z rodzinnego Skien, gdzie zbankrutował jego ojciec, do Christianii, czyli Oslo. Zamierzał zdać maturę, do której przygotowywał się samodzielnie, oraz wstąpić na medycynę. Pasja teatru jednak przyćmiła lekarskie inspiracje młodego adepta dramatu, który oddał się wenie pisarskiej Na krótki czas został dyrektorem teatru w Bergen, jednak rychło opuścił Norwegię na całe dwadzieścia siedem lat. Jego domem stały się Włochy gdzie osiągnął szczyt sławy okupionej utratą więzów rodzinnych (Ibsen zerwał kontakty ze swymi braćmi w Ameryce), a później niemieckie Drezno. Ostatnie lata swego życia spędził znów w Oslo, jako pisarz o ugruntowanej pozycji. Tam zmagał się z apopleksją i częściowym paraliżem. O ostatnich latach życia poety pięknie pisał były ambasador Polski w Norwegii, Lech Sokół, z którym miałem kiedyś okazję wojażować po piaskach Pustyni Judzkiej. Oto jego wiersz Henryk Ibsen wyjeżdża na spacer:

Jest początek naszego stulecia
Henryk  Ibsen jedzie dorożką
Mijając budynek Teatru Narodowego
Odwraca twarz ku fasadzie
Przed którą stoi jego pomnik
Są do siebie uderzająco podobni
[…] dorożka mija szybko teatr
Ibsen kuli się w czarnym palcie
Jest mu zimno
Jest zimno
Wiele chorował i niedługo umrze
Jego bokobrody mają kolor mleka
Ale bujne włosy są mniej siwe
Jego twarz zapadnie się dopiero
Na fotografii pośmiertnej
23 maja 1906 zbliża się wielkim krokiem

Data kończąca wiersz jest dniem śmierci dramatopisarza.

Znad tafli zatoki

Męczący spacer po stolicy kończy wyprawa promowa. Płyniemy statkiem przez Oslofjord. Mijamy dwie wyspy. Z każdą związana jest pewna historia. Na pierwszej swego czasu mieszkali cystersi. Nie było tam domów prywatnych. Legenda głosi, że mnisi mieli kłopoty z zastosowaniem się do swojej reguły, która mówi, że winni pracować i modlić się od wschodu słońca aż do jego zachodu, a spać od zachodu do wschodu. Problemy pojawiały się latem, gdy noc trwała cztery godziny, i zimą, gdy słońce wędrowało po widnokręgu również cztery godziny. Latem brakowało im snu, zimą nie nadążali z pracą. Co robić? Wysłali swego przedstawiciela do Rzymu. Podróż w tamtych czasach nie była łatwa. Mnich wędrował do Wiecznego Miasta trzy lata, i tyleż samo z niego wracał. Gdy w końcu dotarł do fiordu w Oslo, klasztor był już opustoszały. I tak pozostał aż do dnia dzisiejszego.

Na drugiej wyspie mieszkał pewien chytry Norweg. Zawsze wysyłał rankiem żonę do sklepu po świeże artykuły na śniadanie. Zimą kobieta chodziła po lodzie na drugą stronę zatoki. Gdy nadeszła odwilż, lód zelżał. Pewnego ranka wodę pokrywała już naprawdę tylko cieniutka warstwa kruchego lodu. Oszczędny Norweg rzekł do żony: „Idź na zakupy, ale lepiej nie bierz pieniędzy. Poproś o wszystko na kredyt”.

Czy legendy te mają w sobie nutkę prawdy? Nawet jeśli nie, to i tak należą do skarbca mądrości tego narodu Północy. A jutro czeka mnie wyprawa do Trondheim

 

Share:
ks. Mariusz Rosik