Podróże

SZAMAN INTERPRETUJE ŚWIAT. ALHON

Ta opowieść o nie będzie długa. Dla trzeźwo myślącego czytelnika wyda się odrealniona. Dla tych, którzy mieli możność choć trochę poznać ducha dalekiej Azji oraz jej przeszywające duszę niewyobrażalną tęsknotą i bolącym smutkiem śpiewy, stanowić będzie przypomnienie o świecie, który gdzieś istnieje, ale daleki jest od naszego. Oddalony o całe lata świetlne. Dla mnie opowieść ta stanowi wspomnienie, które wydaje się nie być moim. A przecież powstawała na bieżąco, w samochodzie trzęsącym się na wertepach i w brudnym kurhanie, w którym zapach zgniłej żywności miesza się z wonią taniej wódki, na stepie i w buriackiej jurcie, w przydrożnym zajeździe i wśród sakralnych kamieni.

Podmongolskie stepy syberyjskie zamieszkują Buriaci.

W poszukiwaniu dawnych wierzeń Buriatów trafiam do człowieka, którego wszyscy w osadzie nazywają szamanem Valentinem. Szaman – jak twierdzi sam Valentin – to „człowiek, który idzie drogą prawdy”. Iść drogą prawdy oznacza w tym wypadku umiejętność nawiązywania kontaktu z duchami przodków, niekiedy użyczanie im nawet swego ciała i przenoszenie się w stan ekstazy. Szaman jest reprezentantem grupy społecznej, najczęściej określonego rodu. Ubiór, ozdoby, określona mimika twarzy, muzyka i specyficzny rytm służą stymulują często ekstatyczne przeżycia. De facto szamanizm nie stanowi odrębnej religii, lecz jest obecny w wielu wierzeniach.

Stary dom z desek, który potrzebuje naprawy, bałagan w zagrodzie, brud i brak bieżącej wody. W takich warunkach mieszka szaman wraz ze swoją rodziną, żoną i trójką synów. Gościna rozpoczyna się od podania zupy baraniej. Ani jej zapach, ani brudne naczynia raczej nie wzmagają apetytu, choć za mną sześć godzin w samochodzie po drogach dalekich od doskonałości. Wiele kilometrów jazdy stepem, wśród wzgórz, bez utwardzonej powierzchni. Aby nie sprawiać przykrości gospodarzom, wrzucam w siebie kilka łyżek. Szaman rozpoczyna swą opowieść od swoistego wyznania wiary: „Niebo jest naszym ojcem, ziemia jest naszą matką. Wszystko co nas otacza jest naszą świątynią. Ogniska to świece, które zapalamy ku czci naszych przodków, a słońce i gwiazdy to najpiękniejsze oświetlenie naszego sanktuarium”.

Buriaci niezwykle silnie przywiązani są do miejsca swego urodzenia. Jest to dla nich miejsce święte. To z niego czerpać należy spokój w czasie niebezpieczeństw i siłę w czasie nieszczęść. Choć dochodzi już 21.00, słońce nie schowało się jeszcze za linią horyzontu. Wraz z Valentinem wyruszamy w góry, do świętego miejsca jego narodzin. Po prawie godzinie docieramy do polany, na której stoi drewniany szkielet jurty, w której szaman przyszedł na świat. Dziś jest już niezamieszkała, ale stoi wzniesiona pośród stepów, by dostarczać życiodajnych mocy.

Do naszej wyprawy dołączyła się Natasza, informatyk z Ułan Ude, gdzie prowadzi kafejkę internetową. Po śmierci swego ojca przyjechała, by odzyskać wewnętrzny spokój i dowiedzieć się więcej o przeszłości i wierzeniach swojej rodziny. W pewnym momencie wędrówki szaman zatrzymuje się przez kamieniem, który nazywają tu Kamieniem Niemowląt. Tłumaczy, że kobiety bezpłodne lub spodziewające się dziecka składają tu ofiary bóstwom z prośbą o szczęśliwe narodziny potomka. Natasza w pobożnym geście składa ręce, pochyla głowę, składa na kamieniu papierosa (!) jako swą ofiarę i zamykając oczy przytula się policzkiem do twardej skały. Paradoksalnie wygląda trzydziestoletnia kobieta z wyższym wykształceniem, oddająca się takiemu rytuałowi.

Takich kamieni podczas wędrówki spotykamy więcej. Każdy związany jest z jakąś postacią z rodu Valentina. Kult zmarłych zaklęty został w rozrzuconych po okolicy kamieniach. Gdy na jednym z nich przysiada ptak, szaman bierze to za dobry omen, gdyż zwierzęta nie boją się duchów.

Na co dzień Valentin przyjmuje ludzi, takich jak Natasza, i odprawia ryty. Wielu przyjeżdża do niego z prośbami o odprawienie rytuałów mających zdjąć z nich klątwę, nieszczęście, chorobę. Szaman długo z nimi rozmawia, cierpliwie wysłuchuje, przygotowuje posiłek, a potem wybiera się w góry, do miejsc świętych, do świętych kamieni, gdzie odprawia tajemnicze rytuały. Petenci przynoszą ze sobą kolorowe wstążki, którymi dotykają czoła, przekazując w ten sposób swe modlitewne myśli. Potem przywiązują je do gałęzi drzew, by ich modlitwy wzniosły się do przodków jak wstążki unoszą się na wietrze, poruszane wiatrem. Niektórzy z łagodnością obejmują pnie drzew i przytulają się do nich, czerpiąc życiodajne energie od matki natury.

Paulo Coelho w Zahirze przedstawia etiologiczne wyjaśnienie setek wstążek przywiązanych do gałęzi drzew. W usta Michaiła, mongolskiego młodzieńca ze stepów, wkłada słowa: Pewnego popołudnia, wracając do domu, czuję silny powiew wiatru, widzę światło i na kilka chwil tracę przytomność. Kiedy otwieram oczy, leżę na ziemi, a w powietrzu nade mną unosi się dziewczynka w białej sukni przewiązanej niebieskim paskiem. […] Dziewczynka prosi, żebym następnym razem, kiedy będę tędy przechodził, zawiązał na krzaku wstążkę z wypisaną na niej prośbą. Wizja powtarza się przez cały następny rok. Moja matka opowiada o tym najbardziej zaufanym przyjaciółkom, one przekazują to dalej i na krzaku pojawia się mnóstwo wstążek. U Coelho jest to opowieść, której akcja dzieje się współcześnie. Wstążki na drzewach Syberii i Mongolii wiszą od dziesiątków, może setek lat. Czy u ich źródeł stoją podobne objawienia? Czy również inni otrzymywali podobne wizje, z nakazem przywiązania swych wypisanych na wstążkach modłów? Na to pytanie nie udaje mi się uzyskać od szamana odpowiedzi.

Na jednym z najwyższych wzniesień Valentin postawił w rzędzie dwumetrowe pale, które wznoszą się ku niebu, upamiętniając dawnych szamanów. Na każdym z nich przywiązano setki wstążek, które są niemymi świadkami wykonanych tu rytów. To najświętsze z miejsc w okolicy, choć jutro mamy wybrać się na „święte świętych” – wyspę Alhon w sercu Bajkału.

Buriaci palą swoich zmarłych. Nie chcą dopuścić, by ciało zostało zniszczone przez robactwo i rozłożyło się w ziemi, więc oddają je matce naturze w popiele. Nawet w Biblii przecież napisano, że obrócimy się w proch – tłumaczy Valentin. W chwilę później dodaje: „Był u was jeden święty – Jan Paweł II. Był święty, bo zrozumiał, ile zła wyrządzili chrześcijanie i przeprosił za to. Zwłaszcza za wyprawy krzyżowe. Choć był chrześcijaninem, zrozumiał, że nie wolno zabijać. Dla nas największym świętym jest Dżingishan”. Szaman nie wierzy w opowieści o tym, że największy dla niego autorytet mógł wyrządzić jakiekolwiek zło. To brednie wymyślone przez przeciwników jego religii.

Dzień kończymy słuchając śpiewów szamana. Tęskne nuty brzmią zawodząco, a wyrażone w języku Buriatów, nabierają orientalnego brzmienia. Następnego poranka już o 6.00 wyruszamy na Alhon – najświętsze miejsce szamańskiego Dalekiego Wschodu. Wyprawa promem zajmuje około pół godziny. Dalej już tylko kilkadziesiąt kilometrów samochodem – i jesteśmy na wzniesieniu, ponad wodami jeziora delikatnie uderzającymi o brzeg. Valentin zakłada swój szamański strój, żółtą kapotę ze złotymi ornamentami, specyficzną czapkę; bierze w ręce tamburyn, wydobywając zeń rytmiczne dźwięki. Po chwili przychodzą pierwsi zainteresowani. Niektórzy to Buriaci, inni zaś – turyści, którzy znaleźli się na wyspie zwiedzając okolice jeziora. Szaman opowiada o swych wierzeniach, o kulcie przodków i o rytach. Podkreśla, że chrześcijanie zabijali, że muzułmanie wciąż walczą z Żydami w Świętym Mieście, więc żadna z tych religii nie może pochodzić od bóstw. Trzeba żyć tak, jak Dżingishan. I nie wolno nikogo zachęcać do przyjęcia swoich religii. Właśnie stąd biorą się wojny, nienawiść i zło – że chrześcijanie chcą prowadzić innych do Chrystusa, muzułmanie nawracają na islam, a Żydzi nie chcą zezwolić innym na praktykowanie ich religii. Zupełnie inaczej jest w szamanizmie. „Jedność ze światem natury uzupełniona jest zgodliwym pożyciem z innymi ludźmi” – kończy swą opowieść Valentin, skrupulatnie egzekwując zapłatę od każdego, kto zechciał go słuchać. Przy tej okazji przypomina, abyśmy i my nie zapomnieli uregulować z nim rachunków za nocleg i posiłki.

 

Share:
ks. Mariusz Rosik