Podróże

O ZASTYGANIU CZASU. WIERSZYNA

Niedaleko Listwjanki, przy drodze do Irkucka, usytuowano skansen, w którym gromadzone są autentyczne budynki, ba, nawet całe wioski, przewożone z odległych miejsc Syberii w nienaruszonym stanie. Domy budowane bez użycia gwoździ, drewniane narzędzia rolnicze, piece, na których spano i w których wypiekano chleb, misternie rzeźbione w drewnie naczynia. Wszystko to składa się na życie tutejszych mieszkańców, takie samo przez wieki. Odrzwia domu są niskie, aby przy otwarciu drzwi jak najmniej ciepła wypuścić z pomieszczenia. Progi za to bardzo wysokie, nieraz dochodzące do pół metra, aby chronić domostwa przed śniegiem. Po wejściu do izby, zawsze po prawej stronie w rogu sytuowano „kąt mężczyzn”; wisiała tam ikona, lampa, kwiaty. Po lewej stronie królestwo swe miały kobiety: kuchnia, naczynia, garderoba. W odległości kilkudziesięciu metrów od wioski budowano „dom chleba” – pomieszczenie, w którym trzymano zapasy żywności na wypadek pożaru. Budynki użyteczności publicznej również całe budowane były z drewna. W centrum stała zazwyczaj niewielka cerkiew. W szkole – jak widać na dawnych planach lekcji wywieszonych przed wejściem – pierwsza godzina każdego niemal dnia poświęcona była na „Bożyj Zakon”.

W miejscowościach takich jak ta, czas zastygł wieki temu. Najpierw zwolnił swój bieg, a potem zatrzymał się całkowicie. Od lat nic tu się nie zmienia. Te same domy, stawiane wciąż w ten sam sposób, te same piece, spichlerze, zwyczaje, pokarmy, plony. Ten sam powolny rytm życia, wybuchający ze zdwojoną siłą w krótkiej porze letniej i toczący się żółwim tempem podczas niekończących się zim. Czas płynie tu powoli jak dym, który szarą smugą ulatuje nad krytymi strzechą domami.

Próbuję wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie pięćdziesiąt, sto, dwieście lat temu. Krajobraz był wciąż taki sam, jednostajny. Poszarpane zarysy drzew, łagodne wzgórza, olbrzymie przestrzenie, nieskończone odległości. Wszystko w kolorach szarości, zimą bieli, latem z odcieniem wybujałej zieleni. Ziemia brunatna, czasem czarna. A jesienią, która trwa tu bardzo krótko, wiatr rozbiera drzewa z liści, niekiedy delikatnie, jakby muśnięciem swego oddechu, innym razem silnym szarpnięciem, gwałtownie. I tylko niebo jak gęsta zawiesina, błękitnobiałe lub zachmurzone i smętne. Osady zagubione są pomiędzy zagonami, polami a tajgą. Zaledwie kilkanaście domostw, usytuowanych na szachownicy polnych, zabłoconych dróg, tworzy miejscowość, która żyje sama dla siebie. Następna oddalona jest o kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów. Taki mały świat, życie w pigułce. Bo przecież musi tu być wszystko: i lekarz i szewc, i krawiec, i kowal, zdun, drwal, mleczarz i piekarz. Ludzie utrzymywali się tylko z pracy własnych rąk. Często przez całe życie nie widzieli monet. Kwitł handel wymienny. Te małe ludzkie skupiska musiały wystarczać same sobie. Więzy między ludźmi musiały z natury być silne. Gdy ktoś umierał, natychmiast wiedziała o tym cała wieś. Zapalano gromnice i przychodzono na żałobne, smętne śpiewy. Gdy rodziło się dziecko, cieszyli się wszyscy. Niemożliwe, by ktoś o kimś nie wiedział czegoś ważnego lub kogoś nie znał. Ale na pewno bywało też i inaczej. Ludzie kłócili się między sobą i zazdrościli sobie nawzajem. Spełniały się gorzkie słowa Syracha: „Kto urazi oko, wyciska łzy, kto urazi serce, odkrywa uczucie. Kto rzuca kamieniem na ptaki, wypłasza je, a kto lży przyjaciela, zrywa przyjaźń”.

Jednym z najcenniejszych skarbów na syberyjskim odludziu jest dar czasu. Życie toczy się powoli, czasem bezwolnie. Ludzie niespiesznie wykonują swoje zajęcia. Są zamyśleni. Zdolność do refleksji ma szansę rozwijać się tu w każdych niemal warunkach. Czas na refleksję to także czas na wzajemne poznawanie się. Na wytwarzanie więzów. Na przyjaźń. Cycero argumentował, że przyjaźń oznacza bycie bardzo blisko drugiej osoby, jednak bez chęci zawładnięcia nią. Zasadę przyjaźni wyznaczył prostym twierdzeniem: „Upominać i pozwalać się upominać – oto prawdziwa przyjaźń”. Aby była głęboka i szczera, nie może wypływać z lęku przed samotnością. Wręcz przeciwnie, łączy się niekiedy z pragnieniem samotności. A to pragnienie samotności wpisywać się musi także w pragnienie dobra drugiej osoby. Badania psychologów uniwersytety kalifornijskiego dowodzą, że pragnienie dobra drugiej osoby może niekiedy oznaczać gotowość do opuszczenia jej, gdy będzie to konieczne. Zasadniczo jednak przyjaźń rozwija się w spotkaniu, w dialogu. Piękny jest nasz polski język dotykający tych obszarów: przyjaźń oznacza przecież bycie przy jaźni drugiej osoby, a więc bliskość w sposobie myślenia i postrzegania świata. A przyjaciele to ci, którzy są „przy ciele” drugiego, co realizuje się przecież w spotkaniu. Osobiście bardzo odpowiada mi wyczytane gdzieś określenie przyjaznej więzi jako relacji zaakceptowanej, ale nie poszukiwanej z niespokojną niecierpliwością. Ta życzliwa akceptacja wyraża się między innymi w szacunku dla intymności drugiego. Nie muszę wiedzieć o nim wszystkiego, z wdzięcznością jednak przyjmuję to, co sam zechce mi odsłonić. Tak kształtowana więź jest procesem. Długotrwałym, niekiedy bolesnym. Erich Fromm pytał kiedyś: „Czy miłość jest sztuką? Jeśli tak, to trzeba się jej uczyć”. A czyż przyjaźń nie jest formą miłości? Jej też trzeba się uczyć. Dlatego słusznie zauważył Wolter: „Przyjaźń rządzi się dwoma prawami. Po pierwsze, wymaga pielęgnacji. Po drugie, wymaga wyrozumiałości, gdy łamane jest pierwsze prawo”.

W tonacji biało-czerwonej

Kolejne dni mojej syberyjskiej wyprawy malowane są biało-czerwonymi barwami. Jest początek lipca, dokładnie dziewiąty dzień miesiąca. Gdy wyjeżdżamy z Irkucka, pada obfity deszcz. Na drogach pełno policji. Nie wiemy jeszcze dlaczego. Ponad sto kilometrów na północny wschód od Irkucka znajduje się osada stu pięćdziesięciu rodzin, w większości pochodzenia polskiego. Jej historię poznaję w rozmowie z Andrzejem, którą toczymy w starym vanie, zaprawionym w pokonywaniu syberyjskich dróg. Zamieszkałą obecnie przez ponad czterysta osób Wierszynę założyli Polacy emigracji z początku dwudziestego wieku. Mija więc wiek od chwili, gdy pierwsi osiedleńcy dotarli na daleki wschód Syberii. Poszukiwali środków do życia. Początkowo mieszkali w ziemiankach. Przez lata karczowali lasy, aby w ten sposób zdobyć ziemię uprawną. Ukaz carski był prosty – co zdołasz wykarczować, to twoje. Życie w Wierszynie jakby zatrzymało się pół wieku temu, a może więcej. Język polski, oczywiście z akcentem rosyjskim, składnią i słownictwem odsyła kilkadziesiąt lat wstecz. Zagrody są niewielkie, w większości drewniane, otoczone płotami, pełne przybudówek i pomieszczeń gospodarczych, często niszczejące. Oczywiście w domach nie ma ani łazienek, ani bieżącej wody. Długa syberyjska zima nie oszczędza domostw ani dróg. Polacy nie widzą nawet zbytniego sensu ich naprawiania. Kolejny śnieg i tak zniszczy wszystko. W całej osadzie do dziś nie ma ani jednego telefonu stacjonarnego. Komórkowe nie chwytają zasięgu. Do Irkucka raz w tygodniu, w piątek, jedzie „marszrutka” zdolna zabrać kilka osób. Sklep też czynny jest jeden raz w tygodniu – i to w niedzielę.

Carska, a później komunistyczna władza zezwoliła osiedleńcom na posiadanie ziemi. W ostatnich latach znacznie pozwolenie to ograniczono, mimo iż tysiące hektarów leżą odłogiem. Podatki są tak duże, że niewiele zarobków pozostaje na własny użytek. Te zresztą są praktycznie żadne. Owoce, warzywa czy zboże – wszystko to konieczne jest do utrzymania rodziny. Pierwszą wypłatę za swoją pracę w kołchozach mieszkańcy Wierszyny otrzymali w latach sześćdziesiątych: trzysta rubli za cały rok. Zwyczaj wypłaty comiesięcznej nie był tu znany.

Tuż po przyjeździe pierwszych emigrantów rozpoczęła się budowa kościoła. W przeciągu dwóch lat powstała przyzwoita budowla z drewna. Po raz ostatni jednak ksiądz dojechał do Wierszyny z Irkucka w 1928 roku. Potem nie było już nikogo aż do lat dziewięćdziesiątych. W latach trzydziestych, gdy cały majątek należało oddać władzom i rozpocząć pracę w kołchozach, urzędnicy chcieli także zniszczyć kościół i zamienić go na klub. Udało im się jedynie rozebrać dzwonnicę. Co stało się z dzwonami, do dziś nie wiadomo. Organy, ołtarze i obrazy wywieziono do magazynu, gdzie wszystko zniszczało. Rosjanie chodzili po nich, deptali, łamali. W kontekście tego wydarzenia opowiada się tu niczym anegdotę historię Polaka, który przyjechał w pierwszej fali emigracyjnej. Pewnego razu Jan Lorek wyniósł z tego magazynu pasyjkę Jezusa. Krzyża już nie było. Pozostał jedynie korpus Chrystusa i nogi. Ręce były odłamane. Ucałował postać i pieczołowicie przechowywał w swym domu. Wodą, którą obmywał od czasu do czasu drewnianą figurkę, chrzcił nowonarodzone dzieci. Nie było przecież księdza, a woda, która dotknęła korpusu Chrystusa musi być święcona – myślał.

Jak doszło do tego, że pan Jan zaczął chrzcić dzieci? Z powodu dziwnego snu jego żony. Historia początkami swymi sięga śmierci ich dwóch córek. W takich warunkach, w jakich przyszło im żyć na Syberii, umieralność dzieci była ogromna. Jedna ze zmarłych w dzieciństwie córek została ochrzczona, druga nie. Pewnej nocy żonie Józefa przyśniło się, że odwiedza swoje córki w niebie. Mieszkały w oddzielnych pokojach. Ochrzczona w sali pełnej światła, druga – w ciemnej komnacie. Ten sen przeważył szalę: wiejski robotnik kołchozu chrzcił każdego, kto o to poprosił.

Z krzyżem wiąże się jeszcze jedna historia. Gdy szalała propaganda stalinowska, niektórzy młodzi mężczyźni z wioski bywali zabierani na przeszkolenie. Niektórych udało się przekonać. Pewien polski młodzieniec z Wierszyny stał się zagorzałym komunistą. Przyszedł z pistoletem przed krzyż i wystrzelił w postać Chrystusa. Kula rykoszetem odbiła się od figurki i wybiła mu prawe oko. Pozostał na nie ślepy do końca życia. Ludzie mówili: „Pan Bóg go ukarał”. A ja myślę: wyrządzone zło zawsze obraca się przeciw nam. Tym razem stało się to bardzo szybko.

Powoli dojeżdżamy do Wierzymy. Z oddali widać jedynie zarys niewysokiej wieży kościoła i kilka domostw wokół niej. Dziś wioska żyje życiem cichych dymów wzlatujących w niebo i pobrzękiwaniem kowalskich młotów. Wieczorami kobiety siadają na ławkach przed domami i długo rozmawiają. Mężczyźni raczej wpatrują się bez słowa w daleki horyzont i trwają tak w milczeniu. Ich twarze poorane bruzdami zmarszczek mówią, że życie ich nie oszczędzało, że każdą piędź pola i każdy skrawek lasu wyrywać trzeba było naturze własnymi rękoma. Są to ręce zniszczone, o wykoślawionych palcach. Ale także ręce spełnione, bo ich praca pozwoliła przetrwać.

Gdy przejeżdżamy tablicę z nazwą wioski, świeci piękne słońce. Gdy zatrzymujemy samochód przed drzwiami kościoła, natychmiast pojawia się kilka osób. To od nich dowiadujemy się o tragedii: sto dwadzieścia cztery osoby zginęły na lotnisku w Irkucku. Podczas lądowania, kiedy airbus linii Sibir, marki TU-154, znajdował się już na ziemi, niespodziewanie zboczył z pasa i uderzył w hangary. Na pokładzie znajdowało się ponad dwieście osób. Byli wśród nich Polacy, Niemcy, obywatele Mołdawii, Korei Południowej i Chin. Około siedemdziesiąt osób trafiło do szpitali. Wszyscy mówią i jednym: po wylądowaniu, samolot zamiast zmniejszać prędkość, zwiększał ją.

Wracamy do Irkucka tak szybko, jak to tylko możliwe. Na ulicach wciąż wiele radiowozów. Teraz wiemy już, dlaczego. Nad lotniskiem wypiętrzają się smukłe sylwetki dźwigów. Ich smutne, długaśne ramiona przeszywają stalowe niebo. Trwa dogaszanie pożaru i likwidacja skutków tragedii. Samolotem leciało ponad czterdzieści dzieci, które marzyły o wakacjach nad Bajkałem. Do Bajkału nie doleciały. Zatrzymały się – na zawsze – tuż u brzegów jeziora. Dopiero teraz włączam radio. Cóż takiego się stało? Pierwsza wiadomość w dzienniku to informacja, że Zidane otrzymał czerwoną kartkę w finale Mundialu. Irkuck jest na końcu świata, a Zidane w jego centrum. Cóż może znaczyć sto czterdzieści cudownych marzeń pogrzebanych wraz z dziećmi wobec niewykorzystanego rzutu karnego?

Próbuję zadzwonić do Polski. Telefony jednak nie łączą rozmów międzynarodowych. „To normalne” – tłumaczy Andrzej – „po śmierci Jana Pawła II natychmiast odcięto nam linię. I to tylko nam – Polakom. Wszyscy sąsiedzi nie mieli kłopotu z łączami. Chcieli nam uświadomić, że żyjemy w Rosji i śmierć papieża Polaka niekoniecznie musi nas dotyczyć. Po wielu awanturach podpięto nas znowu, minęło jednak już kilka dni”.

Wieczorem uczestniczymy w szybko zorganizowanym nabożeństwie za poległych w katastrofie. Przyszli przedstawiciele wielu religii. Brakowało jedynie buddystów. Katolicki biskup wystosował posłanie do rodzin poległych. Osnuł je wokół słów Pawła: „Oto ogłaszam wam tajemnicę: Nie wszyscy pomrzemy, ale wszyscy będziemy odmienieni”. A ja myślę o tych przyjaźniach, które roztrzaskały się jak rozbity dzban o płytę irkuckiego lotniska. O tych miłościach, które rozsypały się na betonie jak płatki róży, której nie dane już będzie rozkwitnąć. O więziach zerwanych jak lina trzymająca maszt statku dryfującego po Bajkale, który za chwilę zostanie pochłonięty przez wodne otchłanie.

Dotyk kruchej miłości

Tragedia pasażerów rosyjskiego samolotu sprawiła, że znów z niewiarygodnym natężeniem pojawiły się moje dawne pytania. Dlaczego cierpią sprawiedliwi? Dlaczego zło dotyka niewinnych? Dlaczego ciała palą się w katastrofie samolotu? Dlaczego…? Amerykański rabin Harold Kushner jest autorem przejmującej książki zatytułowanej Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom. Refleksje zapisane na jej kartach nie są wynikiem nocy spędzonych w bibliotece, lecz osobistego doświadczenia żydowskiego nauczyciela. Rabin miał kilkuletniego syna, który zachorował na nowotwór. Nie pomogły ani chemia, ani zabiegi chirurgiczne. Dziecko zmarło. Gdy człowiek staje oko w oko z największym cierpieniem, rodzą się w nim najbardziej fundamentalne pytania. Wielu chrześcijan powiedziałoby w takiej sytuacji: krzyż od Boga. Ale to chyba najbardziej absurdalne pocieszenie, na jakie nas stać. Czy naprawdę mam uwierzyć, że zło pochodzi od Boga? Czy cierpienie nie pojawiło się wśród ludzi wskutek pierwszego złamania przymierza z Bogiem? Wskutek nieposłuszeństwa pierwszych rodziców? Trzeba powiedzieć jasno: zło nie pochodzi od Boga. On go nie chce i nigdy nie chciał. Owszem, gdy się pojawia, może obrócić je ku dobru człowieka, nigdy jednak nie jest Jego bezpośrednią wolą.

Wciąż poruszony tragedią lotniczą, z sercem drżącym i głową pełną pytań, następnego poranka wyruszam do Usola. Chcę tam odwiedzić domy polskich sióstr albertynek. Ich praca to troska o dzieci. Zgromadzenie zostało założone przez Alberta Chmielowskiego, który nie potrafił pogodzić się ze złem i nieszczęściem, które obserwował wokół siebie. W swoich zapiskach zanotował: „Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi. Świat, jak złodziej, wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo”. Brat Albert nie chciał dopuścić do tego, by niebo zostało skradzione całkowicie. Chciał zachować choć rąbek nieba dla tych najmniejszych, którzy nie umieją jeszcze się bronić. Chciał przychylić go najmłodszym, którzy potrzebują miłości bardziej niż powietrza. Być może nie czytał Adlera i nie studiował wpływu dziecięcych doznań na dorosłe życie, ale zakasał rękawy, artystyczne wizje zastąpił projektami pomocy i przystąpił do działania w sposób systematyczny, zaplanowany i energiczny. Przez jednych uznany za utopistę, przez innych za szaleńca, przez jeszcze innych za świętego – spokojnie prowadził swe dzieło.

Kilkukrotnie trzeba nam pytać o drogę do sióstr. Zawsze czyni to Andrzej, opuszczając okienko kierowcy. Krążymy samochodem po wąskich uliczkach, które nie wiedzą, co to asfalt. Tonąc w błocie, bo dzień jest akurat deszczowy, docieramy w końcu przed niewysoki budynek położony kilka metrów za niskim płotem. Sprawdzamy adres. To tutaj. Już po chwili wita nas szeroki uśmiech promieniujący zza welonu i przepiękne życzenie: „Szczęść Boże!”. Wchodzimy.

Dobrze udekorowana i oświetlona sala sprawia bardzo przytulne wrażenie. Już po chwili rozmowy okazuje się, że kontrast między domem a przedszkolem prowadzonym przez siostry jest ekstremalny. Na dwadzieścioro jeden dzieci tylko jedno ma obojgu rodziców. Pozostałe najczęściej wychowywane są przez matki alkoholiczki. Większość mieszka w budynkach przypominających hotele robotnicze: długi korytarz i kilkadziesiąt pokoi po obu stronach. Pokoje mają po dwanaście metrów kwadratowych. Niezależnie od tego, ile osób liczy rodzina, każda ma do dyspozycji tylko jedno pomieszczenie. Łazienka jest jedna, wspólna dla wszystkich, na końcu korytarza.

Zasiadamy do stołu w bardzo skromnych warunkach. Kawa i kawałek ciasta to prawdziwa uczta, zwłaszcza, że wszystko podane jest bardzo schludnie i czysto. Przełożona kontynuuje swoją opowieść. Tuż po przyjeździe siostry w Usolu musiały odremontować dom, w którym miały zamieszkać. Część prac powierzono tutejszej firmie budowlanej. Była na miejscu, poza tym nikt nie miał rozeznania co do jakości ich pracy. A ta była beznadziejna. Następne więc prace powierzono innej firmie, przyjezdnej. Pewnego słonecznego dnia na teren budowy wtargnęło kilka osób, by poturbować pracowników. Jednemu odcięto palce, innych pobito do nieprzytomności. Przesłanie było jasne: na tym terenie może pracować tylko jedna firma. Tylko ona ma prawo tu zarabiać. Siostry były zmuszone poprosić ją o dokończenie remontów.

Po pół godzinie w „dietskim sadie” zbliża się pora posiłku. Uśmiechnięta wychowawczyni w welonie, jak mama zaprasza dzieci do stołu. Pewien chłopczyk natychmiast na czworaka wchodzi pod stół i wyczekuje. „Misza, siadaj ze wszystkimi przy stole” – zaprasza wychowawczyni, a mnie wyjaśnia: „Misza całymi dniami siedzi w domu tylko z psem. Matka pije. Gdy wieczorem wraca do domu, karmi psa i swoje dziecko pod stołem”. Inne dziecko stoi przy oknie na drewnianym taborecie i wpatruje się w dal. Jego drobne rączki osłaniają twarzyczkę z noskiem przyciśniętym do szyby. Nie reaguje na prośby. Mały marzyciel – tak go tu wszyscy nazywają. Ucieka od realnego świata w bajeczny świat swoich wyobrażeń. Ponoć potrafi długie godziny spędzić na swoim taboreciku, nie odzywając się do nikogo. Sam pamiętam swoje dziecięce marzenia. Podczas długich zim, w domu pełnym zapachu świeżego chleba, lubiłem przyklejać nos do szyby i pozwolić myślom wędrować po dalekich światach. W szybie odbijała się płonąca na stole świeca i uroczysty, biały obrus, a ja wędrowałem po dalekich lądach, przemierzałem kontynenty, pokonywałem morskie burze i oglądałem ziemię z wysokich szczytów. W wyobraźni dziecka zresztą wszystko było niewyobrażalnie wielkie. Rozciągające się przed oknem łagodne wzniesienia stawały się Himalajami, gdy podwórko pokrywał śnieg – jechałem konnym zaprzęgiem po bezkresnych przestrzeniach Grenlandii, dwa wykoślawione i poskręcane drzewa stojące u płotu przemieniały się nagle w afrykańską dżunglę. Tak wyczarowywałem swój świat, świat pełen dziwów i nie odkrytych tajemnic, pełen zagadek i czekających na przeżycie przygód. Do dziś noszę w pamięci malowane mrozem na oknie paprocie, które znikały przy ciepłym dziecięcym oddechu. Wtedy otwierały się wrota do świata wyobraźni.

Dolewam kawę. Gdy stawiam biały czajnik obok skromnej filiżanki z grubej porcelany, siostra z entuzjazmem kontynuuje swoją opowieść. Od kilku lat albertynki organizują wyjazdy wakacyjne na pobliski Bajkał. Dla nas wydaje się bliski – sto kilkadziesiąt kilometrów, jednak gdyby nie praca polskich sióstr, większość dzieci pewnie nigdy nie ujrzałoby jeziora. Zazwyczaj po kilku miesiącach nawiązuje się więź pomiędzy siostrami a dziećmi. Więź tak silna, jak srebrna nić przyjaźni. Siostry jednak dbają przede wszystkim o to, by przyjaźnie zawiązywały się pomiędzy ich wychowankami. To oni są przecież rówieśnikami, a łączy ich zazwyczaj fakt, że pozbawieni są zwykłej rodziny. Druga, życzliwa osoba w takich warunkach to prawdziwy skarb, który niejeden raz dosłownie ocala życie. Dlatego wcale się nie dziwię, gdy wychodząc, wśród prostych sprzętów, skromnych krzeseł, ław, stołów czy komór odnajduję także tablicę oprawioną w zwykłe drewniane ramy, pomalowane na jasny brąz. Ozdobnymi literami, niebieskim atramentem wypisano na niej wyznanie: „Jeśli któregoś dnia poczujesz, że chce ci się płakać, zadzwoń do mnie. Nie obiecuję, że cię rozbawię, ale mogę płakać razem z tobą. Jeśli któregoś dnia zapragniesz uciec, nie bój się do mnie zadzwonić…Nie obiecuję, że cię zatrzymam, ale mogę z tobą pobiec. Jeżeli któregoś dnia nie będziesz chciał nikogo słuchać, zadzwoń do mnie… Obiecuję być wtedy z tobą i być cicho. Ale jeżeli któregoś dnia zadzwonisz i nikt nie odbierze… Przybiegnij do mnie szybko. Mogę cię wtedy potrzebować”.

 

Share:
ks. Mariusz Rosik