Research blog

Lato. „Słodkie leniuchowanie”?

Okres wakacji i urlopów przywodzi na myśl słowa Chrystusa, skierowane do Apostołów: „Idźcie na miejsce pustynne i odpocznijcie nieco”. Sam Jezus również potrzebował wypoczynku. Pewnego razu udał się nawet na pogranicze terytoriów pogańskich i tam „wszedł do pewnego domu, i chciał, aby nikt o tym nie wiedział. Nie mógł jednak pozostać w ukryciu” (Mk 7,24). Odpoczynek w zupełnie naturalny sposób łączy się z tematem radości. Ewangeliści świadczą, że Jezus również „radował się w Duchu Świętym”. Możemy przypuszczać, że tańczył na weselu w Kanie Galilejskiej i uśmiechał się, gdy brał w objęcia dzieci.

Zatrzymajmy się więc nad niektórymi elementami, które pozwalają nam głęboko przeżywać swą więź z Chrystusem oraz spojrzeć na siebie, innych i świat Jego oczyma. Oto zaledwie niektóre cechy (poparte przykładami) charakteryzujące osobę poszukującą odpoczynku i radości w Chrystusie.

Właściwa, uświadomiona i konsekwentnie realizowana hierarchia wartości, w której Bóg zajmuje najwyższe miejsce

Znane jest powiedzenie, że jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu w naszym życiu, to wszystko inne jest na właściwym miejscu. Przylgnięcie całym sercem do Boga pozwala nam we właściwy sposób – z dystansem – spojrzeć na wszystkie inne sprawy. W sposób właściwy – to znaczy nie wyolbrzymiać tego, co mało istotne, ani nie odbierać znaczenia temu, co ważne. Spotkanie z żywą Osobą Chrystusa niejednokrotnie dokonuje rewolucji w świecie wartości.

André Frossard, syn pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Francji, czekając kiedyś na przyjaciela postanowił wejść na chwilę do pobliskiego kościoła. Rodzinne korzenie André tkwiły w judaizmie, w praktyce był jednak człowiekiem niewierzącym. Ateistą został z własnego wyboru. Jednak kilka chwil spędzonych w bliskości Jezusa Eucharystycznego zmieniło całe jego życie. Duszę zalała nieoczekiwana światłość i głęboki pokój zstąpił w serce młodego człowieka. To doświadczenie stało się punktem zwrotnym w jego życiu. Do świątyni wszedł ateista, wyszedł chrześcijanin.

Podobnej natury przeżycie spotkało niemal dwa tysiące lat wcześniej Szawła z Tarsu. Dlatego właśnie późniejszy Paweł pisał do Filipian: Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Jezusa Chrystusa. Spotkanie z Chrystusem sprawiło, że Szaweł jeszcze raz odpowiedział na najważniejsze pytania swego życia. Odpowiedź ta zrewolucjonizowała dotychczas prowadzony przez niego styl życia.

Modlitwa rozumiana jako żywe, pełne dynamizmu i wydarzeń, pełne przeżycia i intensywności spotkanie z Bogiem – poszukiwanie Jego woli

Modlitwa jest przede wszystkim przeżyciem duchowym, dlatego – choć powiedziano i napisano o niej wiele – wymyka się ona ostatecznie ludzkim opisom. Możemy jedynie przybliżyć jej istotę; nie uda nam się jednak oddać w całej głębi za pomocą ludzkiego języka, czym ona jest. Najbardziej lapidarnie rzecz ujmując – modlitwa jest spotkaniem z Bogiem, które wyrasta z osobistej łączności z Jezusem, Panem i Zbawicielem.

Różne są oczywiście formy modlitwy. Jedni wybierają cichą medytację nad Bożym Słowem, inni wolą głośne i spontaniczne wyznania na spotkaniach grup charyzmatycznych; jedni zanurzają się chętnie w ciche szepty modlitwy różańcowej, inni czytają psalmy; niekiedy modlimy się znanymi formułami, innym razem wypowiadamy swe serce przed Bogiem własnymi słowami; raz uczestniczymy w modlitwie liturgicznej, innym razem pozostajemy sami przed Bogiem. Ostatecznie jednak w każdej modlitwie serce człowieka świadomym aktem kieruje się ku Bogu, by wypowiedzieć Mu swe dziękczynienie, uwielbienie, przeproszenie czy prośbę. Następuje spotkanie z żywą, kochającą Osobą. Spotkanie to można przedłużać nie tylko na sam akt modlitewny w sensie ścisłym, ale każda chwila może zostać przepojona obecnością Bożą.

Świadectwo – naturalne, spontaniczne, wyrażone takim stylem życia, aby inni sami pytali: skąd taka postawa?

W praktyce chrześcijańskiego życia istnieje zasada, która głosi: wiara rośnie, gdy jest przekazywana. Jeśli wiarę swego serca przekazuję innym słowami, postawą, gestem – wówczas wiara we mnie się umacnia, utwierdza.

Zbigniew Herbert w wywiadzie udzielonym ITD zapytany: Czy wierzy Pan w Boga? odpowiedział: Julian Przyboś zapytał mnie kiedyś o to samo. Wtedy nie bardzo wierzyłem, miałem wątpliwości potężne, ale odpowiedziałem: tak. I wówczas zacząłem wierzyć. Przyboś zdziwił się: Pan, taki intelektualista, wierzy w tego ukrzyżowanego niewolnika? Ale im bardziej mi lżył, tym bardziej się w tej wierze umacniałem. To zdarzenie z życia Herberta potwierdza powyższą zasadę o wzroście wiary z chwilą dzielenia się nią z innymi.

Jezus wstępując do Ojca powiedział uczniom: Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie, i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi (Dz 1,8). Po dniu pięćdziesiątnicy uczniowie wcale nie musieli zbytnio troszczyć się o to, by być świadectwem Zmartwychwstałego. Niekiedy już samo pojawienie się ich wśród innych powodowało liczne przejawy Bożej mocy i miłości.

Poznawanie Pisma Świętego i interesująca lektura wakacyjna

Gdy pewnego razu św. Augustyn zastanawiał się na modlitwie nad kierunkiem swojego życia, usłyszał głos dziecka śpiewającego słowa: weź i czytaj! Tak wspomina to wydarzenie w Wyznaniach: Zdusiwszy w sobie łkanie, podniosłem się z ziemi, znajdując tylko takie wytłumaczenie, że musi to być Boski nakaz, abym otworzył Biblię… Ledwie przeczytałem kilka słów, stało się tak, jakby do mego serca spłynęło strumieniem światło ufności, przed którym rozprysła się cała ciemność.

Słowo Boże ma moc zmiany życia człowieka, może okazać się światłem, które wskaże drogę postępowania, może wlać w serce nadzieję i pociechę, może stać się źródłem wiary i zaufania złożonego w Bogu. Prorok Jeremiasz modlił się: Ilekroć otrzymywałem Twoje słowa, pochłaniałem je, a Twoje słowo stawało się dla mnie radością i rozkoszą mego serca (Jer 15,16). Kiedy zaś zmęczony prześladowaniami i narażaniem swego życia chciał zaprzestać głoszenia Bożego słowa, okazało się to niemożliwe: I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał, ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, aby go stłumić, lecz nie potrafiłem (Jer 20,9). Słusznie więc Bóg mówi o mocy swojego słowa: Czyż moje słowo nie jest jak ogień, czyż nie jest jak młot kruszący skałę?

Również inna wartościowa i ulubiona przez nas lektura, choć już na innym poziomie niż Biblia, może stać się przyczyną wewnętrznego zbudowania, pogłębiania wiedzy i zdrowego odpoczynku.

Głębokie i świadome życie sakramentalne, rozumienie znaków i symboli, za pomocą których spotykamy się z Bogiem

Sakrament – jak mówi najbardziej powszechne dziś określenie – jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. W kształtowaniu chrześcijańskiego życia szczególnego znaczenia przybierają dwa sakramenty, które mogą być przyjmowane często. Eucharystia – jak uczy soborowa Konstytucja o liturgii świętej – jest źródłem i szczytem chrześcijańskiego życia. Jak strudzony wędrowiec, aby napić się wody ze źródła, musi przed nim uklęknąć, tak chrześcijanin pragnący zaczerpnąć siłę klęka przed Chrystusem Eucharystycznym.

Sakrament pokuty prowadzi do pojednania z Bogiem i ludźmi (coraz bardziej Kościół odkrywa społeczny wymiar grzechu) przez oczyszczenie z win. Konieczność przystąpienia do tego sakramentu istnieje jedynie w przypadku tak zwanych grzechów ciężkich (zupełnie świadome i całkowicie dobrowolne przekroczenie przykazań Bożych lub kościelnych w rzeczy ważnej), są jednak ludzie, którzy regularnie przyjmują ten sakrament nawet wtedy, gdy ich sumień nie obciąża grzech ciężki. Sakrament ten umożliwia wówczas kształtowanie sumienia i duchowe prowadzenie człowieka przez spowiednika (w tym wypadku chodzi oczywiście o tak zwanego stałego spowiednika).

Do obowiązków wierzącego, również w czasie wakacji i urlopu, należy nie tylko korzystanie z sakramentów, ale ciągłe dążenie do głębszego ich rozumienia i odczytywania świata znaków i symboli, przez które spotykamy Boga.

W życiu duchowym ważna jest pewna umiejętność, która pozwala zachować pewne ramy obiektywizmu w ocenie samego siebie. Chodzi o zdolność spojrzenia na siebie z pewnym dystansem. Gdy posiadamy tę umiejętność, wówczas rzeczy nabierają właściwych wymiarów: nie przypisujemy zbytniego znaczenia sprawom mało istotnym, ani nie bagatelizujemy rzeczy ważnych. Na co dzień bardzo łatwo o zachwianie tych proporcji. Czas wakacji i urlopów jest właściwym momentem, by tę umiejętność przywrócić.

Share:
ks. Mariusz Rosik