Podróże

Od Taj Mahal po Delhi

Miłość to znaczy patrzeć na siebie
Tak, jak się patrzy na obce nam rzeczy
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu 

Czesław Miłosz

Ta miłość pachniała migdałami. Złote puchary, kryształowe kielichy, intensywnie czerwone, długowieczne wino z beczek wyciętych z sandałowego drewna, daktyle, słońce, cień palmowych drzew, głęboki zapach wcieranych w ciało olejków – wszystko to stanowiło klimat tego przeszywającego najmniejszy nerw duszy i ciała uczucia, które niczym żwawa rzeka płynęła między dwoma sercami. Rozmyślam o tym, gdy terkoczący autobus podskakuje na kamiennych pełnych kurzu ulicach, wytyczonych przez rzędy niskich wiat i szop, ozdobionych kolorowymi szyldami, które zamiast zachęcać, raczej odwodzą od pokusy wypicia coca-coli czy telefonowania – rzekomo najtaniej nad całym Gangesem – do Europy. Jestem w okolicach Agry. Przez brudne szyby dostrzegam już wysmukłe minarety Taj Mahal, niczym kolumny wosku strzelające w niebo, jakby chciały rozedrzeć błękitną tkaninę delikatnym ukłuciem marmuru. Serce Indii.

Powracam do kartek wysłużonego już przewodnika, na którym Indie zdążyły odbić wiele śladów: zagięcia, plamy, zaznaczenia, podkreślenia, dopiski. W 1612 Arjumand Banu Begam, bardziej znana pod imieniem Mumtaz Mahal, poślubiła Szah Dżahana, późniejszego księcia Khurramu. Chociaż było to już drugie małżeństwo księcia, zawarte zostało (o dziwo, jak na tamtejsze zwyczaje!) pod wpływem szalonej miłości pomiędzy dwojgiem całkowicie sobie oddanych arystokratów, w których płynęła, a właściwie wrzała, błękitna krew. Szah mógłby uczynić swoimi słowa biblijnego oblubieńca:

  Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico,
            oczarowałaś me serce
            jednym spojrzeniem twoich oczu,
            jednym paciorkiem twych naszyjników.
            Jak piękna jest miłość twoja,
            siostro ma, oblubienico,
            o ileż słodsza jest miłość twa od wina,
            a zapach olejków twych nad wszystkie balsamy

(Pnp 4,9-10).

 

W tamtych czasach to rzecz niespotykana, by małżeństwo zawrzeć z miłości. Mumtaz stała się nieodłączną towarzyszką podróży i wojennych wypraw męża. Była jego kochanką, przyjaciółką, pocieszycielką i powiernicą. Tuliła w swe delikatne, aksamitne dłonie jego twarz i ocierała mu łzy. On topił się w niej, zanurzał w szmaragdowe oczy i tonął w głębinach szaleńczych i głębokich uczuć, które pochłaniały go całkowicie. A Mumtaz była jego lustrzanym odbiciem. Zaślepiona miłością tak przenikającą jej duszę i ciało, jak srebrzyste nitki księżycowego światła przenikają połacie ciemności delikatnie unoszącej się nad ziemią, postawiła sobie w życiu jeden tylko cel: uszczęśliwić męża. Wiecznie młoda księżniczka jak płodna bogini dała swojemu mężowi czternaścioro dzieci i … zwyczajnie zgasła przy porodzie w Burhanpur, zaledwie trzy lata po objęciu tronu. Towarzyszyła mu wówczas podczas kampanii militarnej.

Nieutulony w żalu książę mógł uczynić tylko jedno: wybudować swej ukochanej najpiękniejszy, najcudowniejszy, monumentalny grobowiec świata – cud architektury i dowód wiecznej miłości. Miłość Szah Dżahana stoi u początków Taj Mahal. Po dwudziestu dwóch latach pracy dwudziestu tysięcy ludzi prowadzonych przez najwybitniejszych architektów i rękodzielników Wschodu, dokładnie w 1653 roku na brzegu Jamuny w Agrze, stanął biały pałac – grobowiec. Cud świata! Więcej – cud wszechświata. Cud universum, przeszłości i przyszłości! Budowla, w której każdy kamień woła tylko to jedno słowo: kocham! Bo przecież miłość silniejsza jest niż śmierć. Jej historię w najbardziej lakonicznych słowach przedstawia inskrypcja nad Bramą Saraceńską: „Taj Mahal został zbudowany w latach 1631-1653 przez cesarza Szah Dżahana dla jego małżonki Ardżumand, znanej pod imieniem Mumtaz Mahal, Ozdoba Pałacu. Urodzona w 1592 roku jako córka Asaf-Chana, poślubiła w 1612 roku Szah Dżahana i wydawszy na świat czternaste dziecko, zmarła w 1631 roku. Po śmierci cesarz został pochowany u jej boku”.

Jestem w Indiach niedługo po tym, jak z paryskiego tunelu do wieczności wyfrunęła niczym ranny ptak dusza innej księżniczki, Lady D. Skojarzenie nasuwa się samo. Skrupulatny urzędnik Watykanu zagadnął pewnego razu Matkę Teresę: „Media kościelne niezbyt przychylnie patrzą na to, że Matka tak często spotyka się z księżniczką Dianą”. Siostra wychyliła głowę zza białego sari, obrębionego błękitnym paskiem: „Nigdy nie spotkałam się z księżniczką Dianą”. Biedny Watykańczyk pomyślał, że starsza już zakonnica ma pierwsze objawy zaników pamięci. Matka Teresa uśmiechnęła się skromnie i rzekła: „Naprawdę. Nigdy nie rozmawiałam z księżniczką Dianą. Wiele razy natomiast pocieszałam nieszczęśliwą Dianę”. Z tą myślą chowam przewodnik w plecaku. Jestem już na miejscu.

 

O budowli postawionej na planie kwadratu, z którego narożników wystrzeliwują czterdziestometrowe minarety, powiedziano, że poczęta została z myśli tytanów, a wykonana przez jubilerów. I nie ma w tym przesady. Wewnątrz ogromnego kompleksu człowiek porusza się niczym ziarnko piasku w przepastnym klejnocie. Na same fryzy, kasetony i inkrustacje wykorzystano sześćdziesiąt rodzajów kamieni półszlachetnych. Ornamenty kwiatowe, zwłaszcza z łagodnie wijących się irysów o regularnych kształtach, wprowadzają w klimat błogiego uspokojenia. Biały marmur prześwietlany jasnym blaskiem słonecznym zaprowadza niemal uporządkowaną czystość w duszach tych, którzy mieli to szczęście, by znaleźć się w Agrze. W samym środku majestatycznego kompleksu urzekającego harmonią i doskonałością kształtów postawiono mały sarkofag Ozdoby Pałacu. Perfekcyjną harmonię zakłóca dostawiony sarkofag cesarza – jakby znak, że stało się coś nieprzewidzianego, nad czym człowiek nie mógł zapanować. Drastycznie zgasłe życie i wciąż płonąca miłość.

Czuję się powalony ogromem budowli, a jednocześnie czuję się lekko, niemal jakbym unosił się zwiewnie wśród bieli ścian i ogromnych przestrzeni nimi zamkniętych. Delikatny chłód wnętrza pieści mnie po twarzy. Wytłumione szepty i ciche stąpanie stóp stwarzają poświatę tajemniczości. Delikatne promienie słońca załamujące się na ścianach igrają z cieniami, tworząc magiczną niemal atmosferę. Klimat napięcia i lekkości. Powietrze jest prawie magnetyczne. Surrealizm tej chwili pozostawi we mnie niezapomniane wrażenie, wrażenie tak odmienne od wszystkich pozostałych, że już w kilka minut po opuszczeniu budowli wydaje mi się, że byłem tam całe lata temu.

Siadam na pobliskiej, również marmurowej ławce, przy soczystozielonym, świeżo nawodnionym trawniku i sięgam do plecaka. Biletem wstępu zaznaczam kolejną stronicę przewodnika. Epoka mogolska, bo ją właśnie tworzyli cesarze indyjscy od 1526 roku, znana jest dziś szczególnie dzięki swojej architekturze. Monumentalne budowle wzbudzają podziw w Agrze i Delhi, Sikandrze i Aurangabadzie. Znaleźć tu można wszystko. Masywne czerwone mury Red Fort i lśniącobiałe ściany sal audiencyjnych, inkrustowane ametystami i krwawnikami, wysmukłe, strzelające w niebo meczety i rozległe jak dorzecza indyjskich rzek pałace. Nic dziwnego, że inskrypcja w Sikandrze głosi: „Oto ogrody raju – wejdź tu i zamieszkaj na wieczność”. Jeszcze wtedy nie spodziewam się, że piekło ludzkiej nędzy jest tak blisko.

 

Uliczne życie w Old Delhi nie zamiera nigdy. Poświata nocy sprawia jedynie, że przybiera ono nieco przygaszoną formę: ludzie poruszają się wolniej, mniej krzyczą. O szóstej rano jednak, wraz z pierwszymi promieniami słońca, zwykłe odgłosy przybierają na sile. Śpiący na ulicach człowiek, przebudziwszy się, niemrawym krokiem zmierza, by ustawić się w kolejce do hydrantu, odgłosy skrzypiących rowerów oznajmiają pojawienie się pierwszych riksz, pchający rdzewiejące wózki, które służą za ruchome restauracje, zachwalają walory mdławych napojów za dwie rupie. Większość z tych mężczyzn w białych, przybrudzonych drelichach, nie ma stałej pracy, a zarobki pozostałych nie przekraczają zazwyczaj 4 dolarów miesięcznie. Ich żony wraz z dziećmi, zatrudnianymi w fabrykach ręcznie tkanych dywanów (małe, zgrabne palce najlepiej nadają się do tej pracy) w wieku sześciu lat, jeśli tylko istnieje taka możliwość, mieszkają w walących się barakach, domach bez drzwi i okien lub, latem, pod zwykłym zadaszeniem z blachy, drewna lub tektury. Gdy słyszę, że ludzie ci niejednokrotnie odrzucali wyciągniętą dłoń Matki Teresy, szczerze się dziwię. „Dlaczego?” – pytam Nilindrę, z którym wędruję po Starej Delhi. „To kwestia religii. Hindusi wierzą, że jeśli w tym wcieleniu odcierpią swoje, ból zostanie im zaoszczędzony w przyszłym życiu”. W takim właśnie duchowym klimacie błogosławiona Albanka zachęcała:

Człowiek jest nieracjonalny, nielogiczny i egocentryczny:
to nieważne, kochaj go.
Jeśli czynisz dobro, powiedzą, że czynisz je dla własnych egoistycznych celów:
to nieważna, czyń dobro.
Jeśli czynisz dobro, może jutro będzie zapomniane:
to nieważne, czyń dobro.
To, co zbudowałeś, może jutro zostanie zniszczone:
to nieważne, buduj.
Ludzie, którym pomagasz, może wcale nie będą ci wdzięczni:
to nieważne, pomagaj ludziom.
Daj światu najlepszą cząstkę siebie.
Może zostaniesz za to zdeptany, ale to nieważne:
dawaj zawsze najlepszą cząstkę siebie.

Wydaje się, że już starożytna Mahabharata, powstała ponad 3000 lat temu, wzmiankuje osadę, która była zarodkiem dzisiejszej Delhi. Nosiła nazwę Indraprastha. Piechotą docieramy do Red Fort na zachodnim brzegu leniwych wód Jamuny. Nie miałem cierpliwości, by wykłócać się z rykszarzami o cenę ich usług. Nilindra tylko się śmiał. Znał dokładnie wąskie przejścia ciemnymi i zatęchłymi uliczkami, pomiędzy odrapanymi bramami i wysypiskami śmieci, dotarliśmy więc do głównej atrakcji Starej Delhi szybciej niż najsprytniejszy nawet kierowca roweru-taksówki. Wszędzie pełno ludzi i niezrozumiała mowa. Oficjalnym językiem Indii jest hindi, choć posługuje się nim zaledwie 20 procent ludzi. Wśród innych ponad 20 głównych języków jest między innymi sanskryt, jeden z najstarszych języków świata.

Mieszkańców krajów zachodnich uderza kolorystyka ubiorów, zwłaszcza różnokolorowych sari. Zazwyczaj jest to szata szerokości jednego, a długości 9 metrów. Red Fort bierze swą nazwę od budulca, czerwonego piaskowca, przy użyciu którego postawiono osiemnastometrowej wysokości mur (niekiedy dochodzący do trzydziestu trzech metrów) okalający powierzchnię więcej niż sześciuset tysięcy metrów kwadratowych, na których zamknięto pałace i meczety usytuowane wzdłuż nitek korytarzy i ogrodowych ścieżek. Na ścianie sali audiencji prywatnych wypisano słynny perski dwuwiersz:

            Jeśli raj na ziemi jest,
            To tutaj jest, to tutaj jest, to tutaj  jest.

I pomyśleć, że dwadzieścia trzy wieki temu o zdobyciu tego dziesięciomilionowego dziś miasta marzył wielki Macedończyk. Dariusz, król perski żyjący w latach 521-486, zdołał zająć tylko Pendżab i Sind. W 326 roku Aleksander Wielki dotarł do rzeki  Beas, czyli do wschodniej granicy zdobytego wcześniej  imperium Persów. Potem jego wojska odmówiły marszu i plan zdobycia Indii spełzł na niczym. Dwadzieścia wieków później, pod rządami dynastii Mogołów, życie rozkwitło w aglomeracji. Nie było chyba piękniejszego widoku niż cesarz na grzbiecie słonia przemierzający ulice Delhi.

Agra – widok z drona

Dziś przez ulice te trudno się przedrzeć. Wszechobecny brud wdziera się do oczu i uszu. Krzyk nachalnych sprzedawców i samozwańczych przewodników staje się nie do zniesienia. Wystarczy pojawić się na drodze, placu czy na bazarze, by natychmiast dziesiątki rąk zaczęły cię dotykać, oferując każdego rodzaju usługi. Rozkrzyczane, głodne dzieci nieobecnymi oczyma błagają o litość. Cudem byłoby chyba przetrwać tydzień w tym mieście, by nie zostać okradzionym. Dlatego zatłoczony Red Fort, w którym znaleźli się niemal jedynie turyści, wydaje się oazą spokoju. Prowadzi doń główna brama, Lahore Gate, która nazwę swą zawdzięcza miastu leżącemu dziś w Pakistanie. Powiewa nad nią indyjska flaga, spod której Indira Gandhi niejednokrotnie płomiennie przekonywała tłumy do swych poglądów. Oto serce narodu. A za nią Diwan i Am (sala audiencji publicznych) i Diwan i Khas (sala audiencji prywatnych), łaźnie królewskie z florencką mozaiką i Szali Burdź, ośmioboczna wieża przeznaczona jedynie dla Szacha, perłowy meczet Moti i prywatny pałac Khas Mahal. I jeszcze Pałac Królowej i Pałac Malowany, a wszystko to rozrzucone cudownie jak porzucone zabawki wśród fontann i ogrodów. Jakże inny jest ten świat od wszystkiego, co pozostało za czerwonymi murami.

Gdy po zwiedzeniu twierdzy znów wtapiam się w nieprzeliczony tłum, zaduch i stęchlizna zatykają mi nozdrza. I znów przypomina mi się drobna postać Matki Teresy. Pewnego razu, gdy angielski dziennikarz obserwował odrażające warunki jej pracy, gdy nie potrafił znieść smrodu panującego w schronisku i jęków umierających hindusów, rzekł: „Matko, nawet za milion dolarów nie podjąłbym się tego dzieła”. Matka Teresa odpowiedziała: „Ja też. Nie zniosłabym myśli, że robię to dla pieniędzy”.

 

Pomimo wszystko Delhi zachwyca. Wystarczy stanąć przed Jama Masjid, meczetem, w którym biały marmur harmonijnie przeplata się z czerwoną cegłą. Albo z drżeniem zbliżyć się do grobu Houmayouna, drugiego z imperatorów mogolskich; obiekt stał się ponoć inspiracją dla Taj Mahal. Albo wyciągnąć szyję, by dojrzeć wierzchołek Qutb Minar, najwyższego minaretu Indii, którego ściany ozdobione są niekończącymi się wersami Koranu. Identyczny minaret postawiono Sewilli, a obydwa miały stać się znakiem chwały islamu, który sięgnął po wschodni i zachodni kraniec cywilizowanego świata. Do Nowej Delhi prowadzi przestronna Rajpath Avenue. Rządowe budynki po obu jej stronach to znak majestatu i dostojeństwa nowoczesnych Indii. Albo Raj Ghat. Do grobu Mahatmy zbliżyć się trzeba na boso. I jeszcze różnokolorowa świątynia Sikhów, i wypiętrzona wśród basenów świątynia Bahajów, w kształcie lotosu, i ogrody Lodach o idealnych kształtach, a wszystko to przemieszane z umierającymi na ulicach bezdomnymi, z tysiącami odrzuconych trędowatych i głodujących, morze rozkrzyczanych rikszarzy, tysiące kobiet z dziećmi płaczącymi lub śpiącymi na rękach, starcy siedzący przy drogach – wszystko to sprawia, że łatwo odnieść wrażenie pomieszanie nieba z piekłem, raju z gehenną. Po takim dniu marzyć można tylko o jednym: o hotelowym łóżku. I nawet już nie martwi tak bardzo fakt, że z materaca wypełznie kilka karaluchów, a nieodłączną towarzyszką nocy będzie przyklejona do ściany żółtozielona jaszczurka.

 

Share:
ks. Mariusz Rosik